Posty otagowane ‘Sudan

10
mar
07

Pożegnanie z Sudanem

Siedziałem na niemiłosiernie twardej ławce półciężarówki zmierzającej ku granicy z Etiopią. Jak zwykle w Sudanie, pojazd był wypełniony ponad miarę – część pasażerów siedziała na dachu, a dwie osoby jechały właściwie poza samochodem, uczepione jakiś prętów.
To były moje ostatnie chwile w tym kraju. Spędziłem w nim miesiąc – krótko, biorąc pod uwagę jego rozmiar, niemal dziesięciokrotnie większy od Polski. Udało mi się dotrzeć do wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale jeszcze sporo zostało do zbadania, zeksplorowania – cała południowa część kraju, kilka miejsc na północy no i Darfur – jak poprawi się tam sytuacja.
Wiedziałem, że to co najmocniej zapamiętam, to niezwykła gościnność jego mieszkańców, z którą stykałem się na co dzień, wszędzie. Czasem drobną – zaproszenie do posiłku, miła pogawędka, a czasem wymagającą pewnych poświęceń – gdy np. spotkany w autobusie człowiek nie poszedł na zajęcia na uniwersytecie by pomóc mi załatwić sprawę w urzędzie. Dowiedziałem się o tym (o jego zajęciach) po fakcie, tak może bym go powstrzymał, choć ciężko powiedzieć czy dałbym radę.
Sudan stoi obecnie w punkcie zwrotnym swojej historii. Właśnie zakończyła się ciągnąca się już kilkadziesiąt lat wojna domowa między północą a południem, która nie dość że kosztowała życie mnóstwo ludzi, to skutecznie blokowała rozwój kraju. Trudno oczywiście do końca przewidzieć, jak będzie wyglądała przyszłość. Rząd ledwo zakończył jeden konflikt, od razu zaangażował się w kolejny – w Darfurze. Spotykani przeze mnie w mocno dotkniętych wojną Górach Nuba mieli podzielone zdanie – część oczekiwała ponownego wybuchu wojny, wskazując na liczne przypadki łamania porozumienia pokojowego przez stronę rządową, i obawiając się, że północ nigdy nie zaakceptuje separacji południa, co najprawdopodobniej zostanie wybrane w zaplanowanym na rok 2008 referendum (jest ono jednym z warunków podpisania pokoju). Inni, bardziej optymistycznie, wierzyli, że obie strony są na tyle zmęczone walką, i dostatecznie wiele razy zdały sobie sprawę ze względnej równowagi sił, że po prostu nie mają innego wyjścia jak dogadać się.
Sudan, obok Iranu, stanowi też dobry przykład na to, co może się stać, gdy obywateli zmusza się do religijności. Paradoksalnie, efekt jest zgoła odwrotny od zamierzonego. Im bardziej człowieka zmusza się do wiary, tym bardziej człowiek ten od niej ucieka. W efekcie już po kilkunastu latach obowiązywania ścisłego szariatu w Sudanie, zaczęto od niego odchodzić (może nie w pełni, ale zrezygnowano z wielu najdrastyczniejszych elementów) – nawet najbardziej zagorzali zwolennicy przekonali się, że nie tędy droga. To właśnie w Sudanie – m.in. w środowiskach sufi – rodzą się pomysły jak pogodzić wierność Koranowi ze współczesnością, z ideami europejskiego humanizmu. Czasem rewolucyjne, jak Mahmouda Muhammada Tahy (straconego w 1985 roku przez ówczesny rząd za sprzeciwianie się wprowadzeniu szariatu) – który stwierdził, że Koran zawiera w istocie dwa przesłania – pierwsza jego część (z Mekki) to przesłanie uniwersalne, idealne, przeznaczone dla całej ludzkości, nawołujące do pokoju i braterstwa, zaś późniejsze wersy (z Medyny) były przeznaczone tylko dla ówczesnych wyznawców, jako iż ludzie nie zaakceptowali pierwszego przesłania. To właśnie ta druga część Koranu jest podstawą szariatu, i pożywką dla wojującego islamu. Taha głosił, iż nadszedł czas dla muzułmanów, by przyjąć to pierwsze przesłanie, a drugie, które było niegdyś konieczne dla przetrwania i rozwoju religii, należy obecnie porzucić.
Wprawdzie droga do szerokiego podjęcia takich idei jest wciąż daleka, ale paradoksalnie w Sudanie islam przez zwykłych ludzi jest praktykowany w dużo mniej radykalnej postaci niż np. w Egipcie. Kobiety nie zasłaniają twarzy, jak jest impreza, to bawią się wszyscy razem. Na poziomie zwykłych międzyludzkich kontaktów nie ma nienawiści religijnej – w każdym mieście na północy, gdzie żyją też chrześcijanie, działają kościoły, w Chartum już na początku grudnia w wielu sklepach widziałem choinki i inne dekoracje związane ze świętami Bożego Narodzenia. I pomyśleć, że w Europie w niektórych krajach oficjalnie zakazuje się np. publikowania okolicznościowych znaczków pocztowych! Dowodzi to chyba tylko jak bardzo na Zachodzie wizerunkiem islamu zawładnęły te najbardziej radykalne, fundamentalistyczne odłamy. Ze szkodą dla wszystkich.
Wielu ludzi w Europie uważa, że problemy Afryki wynikają z faktu, iż Afrykańczycy są głupi, leniwi i okrutni z natury. To nieprawda, w Sudanie poznałem mnóstwo ludzi, którzy przeczą temu stereotypowi. Nawet w najbardziej oddalonych od cywilizacji wioskach, do których udało mi się dotrzeć, spotykałem zawsze kogoś kto mówi po angielsku. Ludzie, z którymi rozmawiałem, bardzo często wykazywali zaskakującą trzeźwość sądów i orientację w sytuacji – zarówno lokalnej jak i międzynarodowej. W Sardibie, w Górach Nuba, rozmawiałem z Arabem – pracownikiem organizacji pozarządowej DCA. Był zafascynowany tutejszą kulturą, a także zaskoczony, że miejscowi ludzie, mimo wszystkich krzywd jakich doznali od jego pobratymców, nigdy nie okazali mu nawet cienia nienawiści. Inny Arab, którego spotkałem w tym rejonie, który wychował się w miasteczku Kadugli, i które opuścił po wybuchu wojny, studiował na oddziale Uniwersytetu Juby – miasta w południowym Sudanie. Wyznał mi, że ma nadzieję, że już wkrótce sytuacja unormuje się na tyle, by mógł odwiedzić miasto z którego wywodzi się jego uczelnia. W Chartum mieszkałem w pokoju hotelowym z Darfurczykiem, Arabem i Koptem (chrześcijaninem) z Egiptu – i wszyscy odnosiliśmy się do siebie z szacunkiem, dyskutowaliśmy o różnych sprawach, mimo dzielących różnic.
To wszystko pozwala z pewnym optymizmem patrzeć w przyszłość, uwierzyć, że Sudańczycy będą potrafili żyć ze sobą w pokoju, że na tym najważniejszym, podstawowym poziomie nie ma nienawiści, która uniemożliwi koegzystencję. I że jak dostaną szansę, będą budować i rozwijać swój kraj, umęczony wieloletnią wojną domową.

Zatrzymaliśmy się na sikanie. Odszedłem nieco na bok. W pobliżu przykucnął mężczyzna – tutaj nikt nie sika na stojąco, faceci kucają, po czym rozpinają rozporek i załatwiają potrzebę. W ten sposób nikt na pewno nie zobaczy czego nie powinien, przyzwoitość zostanie zachowana.
Cóż, mimo wszystko Sudan pozostaje muzułmańskim krajem…

02
mar
07

Derwisze

Dzisiejszy wpis dedykuję Piotrkowi Ptakowi, który interesuje się tematem sufizmu – mam nadzieję, że zachęci Cię on do odwiedzenia Sudanu (i Afryki) :) .

Przy obrazie islamu ukształtowanym przez współczesne media, wojnę z terroryzmem i najnowszą historię, obrazie skupionym mocno na fundamentalistycznych ruchach i odłamach, sufizm może zaskakiwać. Ta mistyczna tradycja, na pierwszy rzut oka bardziej kojarzy się z buddyzmem niż z radykalnym islamem propagowanym przez wahabistów z Arabii Saudyjskiej, i jako taka nie jest przez wielu z nich uznawana za poprawną. A jednak znalazła sobie mocną pozycję w świecie muzułmańskim, i istnieje już od ósmego wieku, zarówno wśród sunnitów jak i szyitów.

Podstawą sufizmu jest pragnienie osiągnięcia duchowej jedności z Bogiem. Jest to oczywiście ideał, do którego można tylko próbować się zbliżyć. W tym celu stosuje się najróżniejsze praktyki.

Podstawową z nich jest dhikr, czyli uświadamianie sobie Boga. W zależności od konkretnej szkoły sufijskiej, wykorzystuje ona recytacje Koranu i hadisów, śpiew, granie na instrumentach, rytualne tańce czy medytację. Czasem dhikr ma ściśle ustaloną formę, jak w przypadku słynnych tureckich wirujących derwiszy, czasem jest bardzo spontaniczny, jak w przypadku praktyk sufich w Sudanie.

Istotny nacisk kładzie się też na oczyszczenie umysłu z negatywnych emocji i myśli, oraz na miłość Boga i bliźniego, niezależnie od jego pochodzenia czy wyznania.

Ważnym elementem sufizmu jest relacja uczeń-mistrz. Sufi utrzymują bardzo istotne znaczenie obecności nauczyciela, który może uchronić ucznia od zejścia na manowce. Droga sufi nie jest prosta, najeżona jest pułapkami, w które osoba bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia może łatwo wpaść. Ciekaw jestem, czy George Lucas, wymyślając „Gwiezdne wojny” znał filozofię sufizmu.

Kolejnym charakterystycznym aspektem, przynajmniej w sudańskim sufizmie, jest obecność świętych osób, obdarzonych specjalnymi mocami – czasem ujawniającymi się dopiero po ich śmierci. Coś takiego jest nie do pomyślenia dla wyznawców bardziej tradycyjnych odłamów islamu, podobnie jak wzbogacanie modlitwy zaleconej przez Proroka o dodatkowe elementy.

 

Sufizm jest bardzo rozpowszechniony w Sudanie. Może to dzięki niemu tutejszy islam w życiu codziennym ukazuje znacznie łagodniejsze oblicze niż chociażby w sąsiednim Egipcie?

„My nie wierzymy, że wszystko trzeba robić dokładnie tak jak w czasach Proroka, że musimy się ubierać tak jak on i nosić brodę” – tłumaczył mi spotkany w Omdurmanie Sufi. „Wierzymy też, że kobiety są równe mężczyznom. W Sudanie nikt nie widzi problemu np. by kobieta podała dłoń obcemu mężczyźnie.”

Sufi stanowią też często zaplecze dla wysiłków zmierzających do zreformowania islamu, do pogodzenia go ze współczesnym światem i jego wartościami. Niestety, póki co te wysiłki pozostają często niezauważone, zarówno przez świat zachodni jak i przez samych wyznawców.

 

W każdy piątek, w pod-chartumskim Omdurmanie, można być świadkiem obrzędów sufich (zwanych też derwiszami). Niezwykła to ceremonia, na pierwszy rzut oka bardziej się kojarzy z Indiami niż z krajem muzułmańskim. Na placu przed grobowcem jednego z dawnym mistrzów gromadzi się cała plejada ciekawych postaci – od odzianych w białe galabadżije i turbany Arabów, przez ubranych na zielono, w fikuśnych spiczastych czapeczkach derwiszy, po wyglądających bardziej na fanów Boba Marleya niż wyznawców Allaha Murzynów w dredach i kolorowych, krzykliwych i cudacznie wyglądających strojach. Znajdzie się też cały tłumek gapiów, ubranych w najróżniejsze możliwe sposoby, w tym grupka białasów – turystów i pracowników na kontrakcie.

O ustalonej godzinie, krótko przed zachodem słońca, wszyscy ci ludzie formują pochód, który dochodzi do stóp grobowca, po czym zatrzymuje się. Formuje się ogromny krąg, i rozpoczyna się właściwa ceremonia.

Grają bębny, ludzie klaszczą, śpiewają, intonują pochwały Allaha. Niektórzy w takt muzyki kołyszą się w przód i w tył, czasem ktoś zapamięta się w modłach tak, że wyskakuje z szeregu i zaczyna tańczyć szalony taniec, podskakuje, kręci się wokół własnej osi, biega po całym terenie. Nagle gdzieś pośrodku formuje się dwuszereg ludzi zwróconych ku sobie twarzami, wymachując laskami tańczą chodzonego, w przód i w tył. Wszystko sprawia wrażenie niesamowitego chaosu, nikt nie dyryguje tym zdarzeniem, każdy robi to co uzna za właściwe dla duchowego zjednoczenia się z Bogiem.

Robię kilka zdjęć, ale ciężko się tu fotografuje, w panującym ruchu, chaosie ciężko znaleźć jakąś kompozycję, poza tym nie chcę nikogo rozpraszać swoim aparatem – w końcu to wszystko co tu się dzieje wokół mnie to ceremonia religijna, a nie pokaz dla turystów. Jestem tu tylko gościem, muszę więc to uszanować. Oddaję więc komuś aparat, a sam przyłączam się do modlących.

Kołyszę się tak jak ludzie wokół mnie, zaczynam skandować imię Allaha. Co jakiś czas zbliża się obchodzący modlących się człowiek z zapalonymi kadzidłami, wdychamy wtedy święty dym. Po pewnym czasie dociera do mnie coraz mniej z detali otaczającej mnie rzeczywistości, mój umysł koncentruje się całkowicie na tym co robię, na intonacji, na kołysaniu się. Nie wiem ile to wszystko trwa, tracę poczucie upływającego czasu…

W pewnym momencie koniec, przestaje grać muzyka, przestajemy się kołysać, intonować, następuje nagły powrót do rzeczywistości. Rozglądam się wokół siebie, wszystko wraca do normalności. Ale czuję, że przeżyłem coś niezwykłego, na pewno do zjednoczenia się z Bogiem daleka droga przede mną, ale coś poczułem. Nie umiem tego określić, nazwać, ocenić. I nawet nie próbuję.

Podchodzą do mnie różni ludzie, pytają o wrażenia, wyjaśniają różne sprawy, zachęcają, bym przyjął islam i został sufim. Nie decyduję się na to, ale wiem, że z pewnością ci ludzie są w posiadaniu jakiejś niezwykłej wiedzy, i mógłbym się od nich wiele nauczyć.

Zdjęcia już się kiedyś pojawiły u mnie na stronie, ale teraz będą bardziej w kontekście.

Przed właściwą ceremonią odbyły się pokazy gry i tańców

Uczestnicy ceremonii

Jeden z tańców w trakcie głównej części

Człowiek ze świętym dymem

23
lut
07

Nocne Polaka rozmowy

Większość hoteli w Sudanie, przynajmniej takich na które mnie było stać, to tzw. Lokandy. Najbliżej im chyba do naszych swojskich schronisk młodzieżowych. Do dyspozycji podróżnych są wyłącznie sale wieloosobowe. Ma to swoje dobre i złe strony. Do złych rzecz jasna należą niezbyt przyjemne nawyki niektórych współlokatorów – hałasowanie do późna w nocy, bezustanne spluwanie na ziemię (a dokładniej to gdzie popadnie) czy wstawanie przed świtem w celu odprawienia modłów.

Za dobrą stronę uznam doskonałą okazję do poznania ludzi.

W Chartum nocowałem w dość luksusowej lokandzie – pokój był tylko czteroosobowy, w dodatku jedno łóżko było niezajęte przez większość czasu. Jednym z moich współlokatorów był Somani, Arab ze wschodu kraju. Mówił świetnie po angielsku, i był bardzo rozmowny, spędzaliśmy więc duże części nocy na dyskusjach o różnych sprawach.

Somani wierzy we wszystko co jest napisane w Koranie. Bardzo go więc rozśmieszyło gdy przyznałem się, że uznaję prawdziwość teorii ewolucji.

„Naprawdę wierzysz, że człowiek pochodzi od małpy?”.

W desperacji sięgnąłem po argument dinozaurów, ale Somani obalił go z wdziękiem nawet większym niż ojciec naszego ministra edukacji – „To proste, nie zmieściły się do arki Noego, były za duże, dlatego wyginęły”.

Somani wielkim fanem swojego rządu nie był. Sudan jest jednym z najbardziej skorumpowanych krajów świata – aż ciężko w to uwierzyć biorąc pod uwagę niesamowitą wręcz uczciwość jego zwykłych mieszkańców. Ale wierchuszka to inna sprawa..

„Raz jeden minister pojechał do Hiszpanii kupić autobusy dla Chartum. Wziął pieniędzy których starczyłoby na zakup najnowocześniejszych modeli, ale wrócił z 30-letnimi wrakami, które rozleciały się po roku.”

Ale w zbrodnie wojenne Somani nie wierzy.

„W Sudanie nie ma niewolnictwa, bo Koran tego zakazuje. Kiedyś pokazywali w telewizji na Zachodzie reportaż o niewolnikach w południowym Sudanie, ale okazało się, że występowali w nim poprzebierani ludzie, a całość była sfałszowana”.

Na poruszony przeze mnie problem Darfuru też miał proste wytłumaczenie:

„To Amerykanie są winni. W Darfurze znaleziono uran, i Amerykanie chcą przejąć nad nim kontrolę. Dlatego podburzają ludzi, żeby Darfur się odłączył – wtedy łatwiej im będzie go kontrolować.”

Innego zdania o sytuacji tam był mój drugi współlokator, uchodźca z Darfuru. Rozmowa z nim była trudniejsza, gdyż nie znał angielskiego, ale być może przez to bardziej przejmująca. Jednego wieczoru, gdy Somani gdzieś wyszedł, zaczął snuć swoją opowieść.

„Darfur, walad (chłopiec), ragil (mężczyzna), bum-bum” – składał ręce udając strzelanie z karabinu.

„Bayt (dom)” – pochylał się nad ziemią udając gest podpalania czegoś zapałkami.

„Ante abyad (ty biały)” – tłumaczył pokazując moją skórę – „Arab queis (dobrzy), ana Africa, iswid (czarny) – Arab mish queis (niedobrzy)”.

Moim trzecim rozmówcą był John, Dinka z południa. Spotkałem go jednego wieczoru podczas picia kawy. Siedzieliśmy na ulicy, na miniaturowych taborek, z kolanami pod brodą, rozprawiając o różnych sprawach. Jego twarz była prawie idealnie czarna – Dinka to jedni z nielicznych faktycznie czarnych ludzi Afryki, większość ma skórę w kolorze brązowym, mniej czy bardziej ciemną – pooraną równoległymi bliznami – powstałymi w wyniku celowych nacięć. W pewnym momencie stwierdził:

„Wczoraj zobaczyłem po raz pierwszy w życiu moją siostrę. Ma siedemnaście lat.”

Zdziwiony, czekałem na wyjaśnienie. John przez chwilę siedział w milczeniu, po czym rozejrzał się wokół i rozpoczął opowieść:

„Gdy wybuchła druga wojna południa z północą, rządowi żołnierze nachodzili często nasze wioski, i porywali lub zabijali wszystkich chłopców – abyśmy nie przystąpili do rebeliantów. Dlatego gdy któregoś dnia żołnierze zaczęli zbliżać się do mojej wioski, musiałem uciekać. Zebrała się nas grupa kilkudziesięciu chłopców, byliśmy sami, bez opieki dorosłych. Nie mieliśmy nic, nawet ubrań – uciekaliśmy tak jak nas zastała wiadomość o zbliżającym się niebezpieczeństwie.

Zaczęliśmy się przedzierać do Etiopii, gdzie w tym czasie rządził przychylny nam rząd, i gdzie było wiele obozów dla uchodźców. Była to prawdziwa droga przez mękę – często przez wiele dni nie mieliśmy nawet wody, nie mówiąc już o jedzeniu. Musieliśmy się ukrywać – przed wojskami rządowymi ale i przed lokalnymi plemionami, przez których tereny przechodziliśmy. Nie wszystkie były nam przychylne, część współpracowała z rządem, a część po prostu miała nam za złe, że zużywamy ich i tak skąpe zapasy pożywienia.

Nasza droga do Etiopii trwała prawie rok. Wielu z nas nie dotarło do celu. W obozie w Gambelli żyłem przez jakiś czas, ale potem zmienił się klimat polityczny, straciliśmy poparcie rządu Etiopii, zaczęły się też konflikty z miejscowymi ludźmi. Musieliśmy znów ruszyć w trasę. Kolejny rok, wędrówka tak samo straszliwa jak poprzednia, i dotarłem do Kenii. Tam zostałem na dłużej, skończyłem szkołę, nauczyłem się angielskiego. Do Sudanu wróciłem niedawno, jak poprawiła się tu sytuacja. A wczoraj do Chartum przyjechała moja siostra, która urodziła się już po mojej ucieczce, chce tu skończyć szkołę – sytuacja na południu wciąż jest bardzo ciężka, brakuje podstawowej infrastruktury.”

Na tym John zakończył swoją opowieść. Widziałem, że nawet to co mi powiedział, wywołuje w nim bolesne wspomnienia, nie naciskałem więc na niego, by mówił więcej, choć na usta cisnęły mi się setki pytań.

16
lut
07

Opowieści z gór Nuba – pickup

Z Sardiby wyjechałem ciężarówką – całkiem komfortowo tym razem, dostałem miejsce w kabinie kierowcy. Myślałem, że tak sobie dojadę do celu, ale gdy dojechaliśmy do sąsiedniej wioski, kazali mi wysiąść, po czym auto oddaliło się w nieznanym kierunku i celu. Próbowałem dowiedzieć się kiedy wróci, i czy dowiezie mnie do Kadugli, ale bez większego skutku. Odpowiedzi, które uzyskałem, najłagodniej mogę określić jako wymijające.
Czekałem więc, kręcąc się po wiosce i zabijając czas obserwacją toczącego się wokół życia. Niewiele się działo jednak, więc z pewną ulgą przywitałem pojawienie się pickupa, który miał jechać do Kadugli.
Zająłem więc miejsce i czekałem aż ruszymy.
Oczywiście samochód nie ruszył od razu. W Sudanie nigdy nie rusza dopóki nie jest pełen. Przy czym można wyróżnić kilka progów zapełnienia.
Próg pierwszy to nominalna pojemność pojazdu, taka jaką zaplanował producent.
Próg drugi osiąga się w momencie, gdy ludzi jest tyle, że robi się na serio ciasno.
Próg trzeci to moment, gdy kierowca uznaje, że ludzi i pakunków już jest dosyć by opłacało się ruszyć.
Próg czwarty osiąga się, gdy mimo najszczerszych chęci, nie da się już nikogo wcisnąć do środka. Tego stanu nie da się zaobserwować w naturze, prawdopodobnie jest osiągalny tylko w warunkach laboratoryjnych.
Gdy zajmowałem miejsce stopień wypełnienia pickupa był mniej więcej na poziomie pomiędzy drugim a trzecim progiem. Na nasze – ledwo się wcisnąłem. Cały środek pickupa zajmowały jakieś worki, cała góra worków, ludzie siedzieli po bokach na barierkach. Trwała właśnie dyskusja między pomagierem kierowcy (zawsze jest taka osoba, zajmuje się zbieraniem pieniędzy za przejazd, nawoływaniem nowych pasażerów i upychaniem ich w środku tak by nie oszukiwali, że już nie ma miejsca) a jakimś facetem, który chciał wejść z czterema wielkimi workami ziarna. Wydawało mi się, że nie ma absolutnie szansy żeby to zrobił, już w tej chwili samochód wyglądał niczym wóz z uchodźcami i całym ich dobytkiem, ale oczywiście jednak się udało jakoś wcisnąć i te worki i kolesia.
W końcu ruszyliśmy. Trzymałem się z całej siły, żeby nie wypaść za burtę na jakimś wyboju. Kurzyło się niesamowicie, w pickupie było to o wiele bardziej uciążliwe niż w ciężarówce, bo praktycznie jedzie się non-stop w tej chmurze pyłu. Wkrótce wszyscy byliśmy pokryci warstwą rdzawego kurzu, przynajmniej raz byłem mniej więcej tego samego koloru co miejscowi.
W pewnym momencie dojechaliśmy do wyschniętej obecnie rzeki. Brzegi były dość strome, samochód z takim obciążeniem nie dałby im rady. Wysiadamy więc, trzeba przejść na piechotę i wsiąść po drugiej stronie.
Na drodze stała kobieta z synem i pięcioma wielkimi kanistrami. Gdy przejeżdżaliśmy, zamachała na nasz samochód. Ku mojemu zdumieniu i zgrozie zatrzymaliśmy się. I okazała się, że dwie osoby i pięć kanistrów też się zmieszczą. Od czego sznurek – kanistry przytroczone zostały z zewnątrz, no a upchnąć dwie osoby na pickupie, którym już i tak jedzie ponad dwadzieścia – czy to naprawdę taki problem?

14
lut
07

Opowieści z gór Nuba – DCA

 

Sardiba jest rozrzucona na bardzo dużym obszarze, zwiedzanie jej na piechotę – zwłaszcza zważywszy panujący upał – byłoby bardzo męczące. Toteż z miłą chęcią wskoczyłem na rower, wypożyczony od rodziny u której mieszkałem.

Cóż.. trochę nie doceniłem gorąca. Po przejechaniu dosłownie kilku kilometrów musiałem schronić się na dłuższą chwilę w cieniu. Gdy w końcu zebrałem się w sobie by ruszyć dalej, zapowiedziałem sobie – tylko do tego zakrętu i ani kawałka dalej. No ale jak dojechałem tam, ciekawość zwyciężyła, i pojechałem jeszcze kawałek. I potem jeszcze jeden.

I trafiłem na jakiś wojskowy obiekt, otoczony drutem kolczastym. Ups.. pomyślałem, i zacząłem się dyskretnie wycofywać – gdzie jak gdzie, ale w Sudanie lepiej tego typu miejsc nie zwiedzać. Ale było za późno – w moją stronę już szli jacyś ludzie. „Chodź z nami” – powiedzieli.

Co miałem robić, poszedłem. Z duszą na ramieniu. Przeszliśmy przez bramę, gdzie kazali mi zostawić rower, i zaprowadzili do jakiegoś budynku. Wyszedł mi na spotkanie jakiś mężczyzna. Nie był w wojskowym mundurze (zresztą ludzie, którzy mnie tu przyprowadzili także nie), i wyglądał dość sympatycznie. Spojrzał na mnie zdziwiony.

Zacząłem się tłumaczyć:

„Jestem turystą, i przyjechałem do Sardiby. Zwiedzam okolicę na rowerze, i tak tu trafiłem, przypadkiem. Swoją drogą co to jest za miejsce?”

„DCA. Jesteśmy organizacją pozarządową, zajmujemy się rozminowaniem terenu.”

Ulżyło mi.

Cechą szczególną wojen jest fakt, że cele krótkoterminowe – jakim jest zwycięstwo czy chociaż chęć uprzykrzenia życia wrogom – przesłaniają kwestie długoterminowe, takie jak co zrobić jak już wojna się skończy. Z tego między innymi wynika ogromna popularność min lądowych. Pomagają one w walce, ale stanowią ogromny problem później.

„Ile zajmie rozminowanie gór Nuba?” – próbowałem się dowiedzieć.

„Nikt tego nie wie, ciężko przewidzieć”

„Ale mniej więcej? Pięć lat? Dziesięć? Dwadzieścia?”

„Przynajmniej dwadzieścia. To bardzo trudny teren, górzysty, a w dodatku mamy ograniczone środki na Sudan. Jest mnóstwo innych rejonów, gdzie pomoc jest pilniejsza.”

Na ścianie wisiała tablica z różnymi typami min. Jest ich ponad kilkadziesiąt. Podstawowe dwa typy to miny przeciwpancerne i przeciwpiechotne. Te drugie są dużo groźniejsze, bo może je wyzwolić przechodzący nad nimi człowiek lub zwierzak.

Pamiętam, że przed wyjazdem do Afryki rozważałem taki problem, jak się musi czuć człowiek, który nadepnie na minę – to musi być straszne uczucie, jak wiesz, że kolejny krok spowoduje wybuch. Zastanawialiśmy się też z kolegami z pracy, czy nie dałoby się w miejsce stopy podstawić jakiegoś kamienia. Spytałem o to. Bahrel, mój rozmówca, roześmiał się:

„Tylko na amerykańskich filmach. Normalnie nigdy nie wiesz, że nadepnąłeś na minę – jest zakopana kilkanaście centymetrów pod ziemią. Orientujesz się kiedy jest już za późno. Dlatego miny są takie niebezpieczne. A najgorsza z nich jest ta” – pokazuje mi jeden z rysunków. „To włoska mina, wyskakuje nad powierzchnię ziemi. Zwykła mina urwie ci nogę, ta cię może zabić. Na szczęście rzadko się je tu spotyka.”

„A jak w ogóle wygląda z bezpieczeństwem w tym rejonie? Czy istnieje duże ryzyko, że nadepnę na minę?”

„Raczej nie, ale poza wioskami lepiej chodź po wydeptanych ścieżkach – tam gdzie chodzą ludzie, jest bezpiecznie. Większość pól minowych zidentyfikowaliśmy i oznaczyliśmy, tereny, gdzie ludzie często chodzą w znacznej mierze udało nam się już oczyścić, ale w górach jest jeszcze tego sporo”.

„A czy zawód sapera jest faktycznie taki niebezpieczny? Straciliście wielu ludzi?”

„Nie, tylko jedna osoba została zraniona. W dodatku przez własną głupotę – koleś poszedł rozminowywać teren po godzinach pracy, bez całego potrzebnego sprzętu. Nikt nie wie dlaczego, w każdym razie dzisiaj jest kaleką. Ale jak się stosujesz do reguł postępowania, jest to w miarę bezpieczne.”

Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, aż nagle Bahrel zaproponował:

„A może chcesz skorzystać z Internetu? Mamy tu łącze satelitarne”

I tak z Sardiby, jednego z bardziej oddalonych od cywilizacji miejsc, w jakim miałem okazję się znaleźć, z wioski bez prądu, gdzie ludzie żyją w chatkach z gałęzi, gdzie jedzie się kilka godzin ciężarówką przez busz do najbliższego miasteczka, wysłałem maila.

Zobacz na mapie gdzie (mniej więcej :D ) jest Sardiba!!