Posty otagowane ‘wojna

23
lut
07

Nocne Polaka rozmowy

Większość hoteli w Sudanie, przynajmniej takich na które mnie było stać, to tzw. Lokandy. Najbliżej im chyba do naszych swojskich schronisk młodzieżowych. Do dyspozycji podróżnych są wyłącznie sale wieloosobowe. Ma to swoje dobre i złe strony. Do złych rzecz jasna należą niezbyt przyjemne nawyki niektórych współlokatorów – hałasowanie do późna w nocy, bezustanne spluwanie na ziemię (a dokładniej to gdzie popadnie) czy wstawanie przed świtem w celu odprawienia modłów.

Za dobrą stronę uznam doskonałą okazję do poznania ludzi.

W Chartum nocowałem w dość luksusowej lokandzie – pokój był tylko czteroosobowy, w dodatku jedno łóżko było niezajęte przez większość czasu. Jednym z moich współlokatorów był Somani, Arab ze wschodu kraju. Mówił świetnie po angielsku, i był bardzo rozmowny, spędzaliśmy więc duże części nocy na dyskusjach o różnych sprawach.

Somani wierzy we wszystko co jest napisane w Koranie. Bardzo go więc rozśmieszyło gdy przyznałem się, że uznaję prawdziwość teorii ewolucji.

„Naprawdę wierzysz, że człowiek pochodzi od małpy?”.

W desperacji sięgnąłem po argument dinozaurów, ale Somani obalił go z wdziękiem nawet większym niż ojciec naszego ministra edukacji – „To proste, nie zmieściły się do arki Noego, były za duże, dlatego wyginęły”.

Somani wielkim fanem swojego rządu nie był. Sudan jest jednym z najbardziej skorumpowanych krajów świata – aż ciężko w to uwierzyć biorąc pod uwagę niesamowitą wręcz uczciwość jego zwykłych mieszkańców. Ale wierchuszka to inna sprawa..

„Raz jeden minister pojechał do Hiszpanii kupić autobusy dla Chartum. Wziął pieniędzy których starczyłoby na zakup najnowocześniejszych modeli, ale wrócił z 30-letnimi wrakami, które rozleciały się po roku.”

Ale w zbrodnie wojenne Somani nie wierzy.

„W Sudanie nie ma niewolnictwa, bo Koran tego zakazuje. Kiedyś pokazywali w telewizji na Zachodzie reportaż o niewolnikach w południowym Sudanie, ale okazało się, że występowali w nim poprzebierani ludzie, a całość była sfałszowana”.

Na poruszony przeze mnie problem Darfuru też miał proste wytłumaczenie:

„To Amerykanie są winni. W Darfurze znaleziono uran, i Amerykanie chcą przejąć nad nim kontrolę. Dlatego podburzają ludzi, żeby Darfur się odłączył – wtedy łatwiej im będzie go kontrolować.”

Innego zdania o sytuacji tam był mój drugi współlokator, uchodźca z Darfuru. Rozmowa z nim była trudniejsza, gdyż nie znał angielskiego, ale być może przez to bardziej przejmująca. Jednego wieczoru, gdy Somani gdzieś wyszedł, zaczął snuć swoją opowieść.

„Darfur, walad (chłopiec), ragil (mężczyzna), bum-bum” – składał ręce udając strzelanie z karabinu.

„Bayt (dom)” – pochylał się nad ziemią udając gest podpalania czegoś zapałkami.

„Ante abyad (ty biały)” – tłumaczył pokazując moją skórę – „Arab queis (dobrzy), ana Africa, iswid (czarny) – Arab mish queis (niedobrzy)”.

Moim trzecim rozmówcą był John, Dinka z południa. Spotkałem go jednego wieczoru podczas picia kawy. Siedzieliśmy na ulicy, na miniaturowych taborek, z kolanami pod brodą, rozprawiając o różnych sprawach. Jego twarz była prawie idealnie czarna – Dinka to jedni z nielicznych faktycznie czarnych ludzi Afryki, większość ma skórę w kolorze brązowym, mniej czy bardziej ciemną – pooraną równoległymi bliznami – powstałymi w wyniku celowych nacięć. W pewnym momencie stwierdził:

„Wczoraj zobaczyłem po raz pierwszy w życiu moją siostrę. Ma siedemnaście lat.”

Zdziwiony, czekałem na wyjaśnienie. John przez chwilę siedział w milczeniu, po czym rozejrzał się wokół i rozpoczął opowieść:

„Gdy wybuchła druga wojna południa z północą, rządowi żołnierze nachodzili często nasze wioski, i porywali lub zabijali wszystkich chłopców – abyśmy nie przystąpili do rebeliantów. Dlatego gdy któregoś dnia żołnierze zaczęli zbliżać się do mojej wioski, musiałem uciekać. Zebrała się nas grupa kilkudziesięciu chłopców, byliśmy sami, bez opieki dorosłych. Nie mieliśmy nic, nawet ubrań – uciekaliśmy tak jak nas zastała wiadomość o zbliżającym się niebezpieczeństwie.

Zaczęliśmy się przedzierać do Etiopii, gdzie w tym czasie rządził przychylny nam rząd, i gdzie było wiele obozów dla uchodźców. Była to prawdziwa droga przez mękę – często przez wiele dni nie mieliśmy nawet wody, nie mówiąc już o jedzeniu. Musieliśmy się ukrywać – przed wojskami rządowymi ale i przed lokalnymi plemionami, przez których tereny przechodziliśmy. Nie wszystkie były nam przychylne, część współpracowała z rządem, a część po prostu miała nam za złe, że zużywamy ich i tak skąpe zapasy pożywienia.

Nasza droga do Etiopii trwała prawie rok. Wielu z nas nie dotarło do celu. W obozie w Gambelli żyłem przez jakiś czas, ale potem zmienił się klimat polityczny, straciliśmy poparcie rządu Etiopii, zaczęły się też konflikty z miejscowymi ludźmi. Musieliśmy znów ruszyć w trasę. Kolejny rok, wędrówka tak samo straszliwa jak poprzednia, i dotarłem do Kenii. Tam zostałem na dłużej, skończyłem szkołę, nauczyłem się angielskiego. Do Sudanu wróciłem niedawno, jak poprawiła się tu sytuacja. A wczoraj do Chartum przyjechała moja siostra, która urodziła się już po mojej ucieczce, chce tu skończyć szkołę – sytuacja na południu wciąż jest bardzo ciężka, brakuje podstawowej infrastruktury.”

Na tym John zakończył swoją opowieść. Widziałem, że nawet to co mi powiedział, wywołuje w nim bolesne wspomnienia, nie naciskałem więc na niego, by mówił więcej, choć na usta cisnęły mi się setki pytań.

14
lut
07

Opowieści z gór Nuba – DCA

 

Sardiba jest rozrzucona na bardzo dużym obszarze, zwiedzanie jej na piechotę – zwłaszcza zważywszy panujący upał – byłoby bardzo męczące. Toteż z miłą chęcią wskoczyłem na rower, wypożyczony od rodziny u której mieszkałem.

Cóż.. trochę nie doceniłem gorąca. Po przejechaniu dosłownie kilku kilometrów musiałem schronić się na dłuższą chwilę w cieniu. Gdy w końcu zebrałem się w sobie by ruszyć dalej, zapowiedziałem sobie – tylko do tego zakrętu i ani kawałka dalej. No ale jak dojechałem tam, ciekawość zwyciężyła, i pojechałem jeszcze kawałek. I potem jeszcze jeden.

I trafiłem na jakiś wojskowy obiekt, otoczony drutem kolczastym. Ups.. pomyślałem, i zacząłem się dyskretnie wycofywać – gdzie jak gdzie, ale w Sudanie lepiej tego typu miejsc nie zwiedzać. Ale było za późno – w moją stronę już szli jacyś ludzie. „Chodź z nami” – powiedzieli.

Co miałem robić, poszedłem. Z duszą na ramieniu. Przeszliśmy przez bramę, gdzie kazali mi zostawić rower, i zaprowadzili do jakiegoś budynku. Wyszedł mi na spotkanie jakiś mężczyzna. Nie był w wojskowym mundurze (zresztą ludzie, którzy mnie tu przyprowadzili także nie), i wyglądał dość sympatycznie. Spojrzał na mnie zdziwiony.

Zacząłem się tłumaczyć:

„Jestem turystą, i przyjechałem do Sardiby. Zwiedzam okolicę na rowerze, i tak tu trafiłem, przypadkiem. Swoją drogą co to jest za miejsce?”

„DCA. Jesteśmy organizacją pozarządową, zajmujemy się rozminowaniem terenu.”

Ulżyło mi.

Cechą szczególną wojen jest fakt, że cele krótkoterminowe – jakim jest zwycięstwo czy chociaż chęć uprzykrzenia życia wrogom – przesłaniają kwestie długoterminowe, takie jak co zrobić jak już wojna się skończy. Z tego między innymi wynika ogromna popularność min lądowych. Pomagają one w walce, ale stanowią ogromny problem później.

„Ile zajmie rozminowanie gór Nuba?” – próbowałem się dowiedzieć.

„Nikt tego nie wie, ciężko przewidzieć”

„Ale mniej więcej? Pięć lat? Dziesięć? Dwadzieścia?”

„Przynajmniej dwadzieścia. To bardzo trudny teren, górzysty, a w dodatku mamy ograniczone środki na Sudan. Jest mnóstwo innych rejonów, gdzie pomoc jest pilniejsza.”

Na ścianie wisiała tablica z różnymi typami min. Jest ich ponad kilkadziesiąt. Podstawowe dwa typy to miny przeciwpancerne i przeciwpiechotne. Te drugie są dużo groźniejsze, bo może je wyzwolić przechodzący nad nimi człowiek lub zwierzak.

Pamiętam, że przed wyjazdem do Afryki rozważałem taki problem, jak się musi czuć człowiek, który nadepnie na minę – to musi być straszne uczucie, jak wiesz, że kolejny krok spowoduje wybuch. Zastanawialiśmy się też z kolegami z pracy, czy nie dałoby się w miejsce stopy podstawić jakiegoś kamienia. Spytałem o to. Bahrel, mój rozmówca, roześmiał się:

„Tylko na amerykańskich filmach. Normalnie nigdy nie wiesz, że nadepnąłeś na minę – jest zakopana kilkanaście centymetrów pod ziemią. Orientujesz się kiedy jest już za późno. Dlatego miny są takie niebezpieczne. A najgorsza z nich jest ta” – pokazuje mi jeden z rysunków. „To włoska mina, wyskakuje nad powierzchnię ziemi. Zwykła mina urwie ci nogę, ta cię może zabić. Na szczęście rzadko się je tu spotyka.”

„A jak w ogóle wygląda z bezpieczeństwem w tym rejonie? Czy istnieje duże ryzyko, że nadepnę na minę?”

„Raczej nie, ale poza wioskami lepiej chodź po wydeptanych ścieżkach – tam gdzie chodzą ludzie, jest bezpiecznie. Większość pól minowych zidentyfikowaliśmy i oznaczyliśmy, tereny, gdzie ludzie często chodzą w znacznej mierze udało nam się już oczyścić, ale w górach jest jeszcze tego sporo”.

„A czy zawód sapera jest faktycznie taki niebezpieczny? Straciliście wielu ludzi?”

„Nie, tylko jedna osoba została zraniona. W dodatku przez własną głupotę – koleś poszedł rozminowywać teren po godzinach pracy, bez całego potrzebnego sprzętu. Nikt nie wie dlaczego, w każdym razie dzisiaj jest kaleką. Ale jak się stosujesz do reguł postępowania, jest to w miarę bezpieczne.”

Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, aż nagle Bahrel zaproponował:

„A może chcesz skorzystać z Internetu? Mamy tu łącze satelitarne”

I tak z Sardiby, jednego z bardziej oddalonych od cywilizacji miejsc, w jakim miałem okazję się znaleźć, z wioski bez prądu, gdzie ludzie żyją w chatkach z gałęzi, gdzie jedzie się kilka godzin ciężarówką przez busz do najbliższego miasteczka, wysłałem maila.

Zobacz na mapie gdzie (mniej więcej :D ) jest Sardiba!!