Posty otagowane ‘podróżowanie

29
lip
08

Górołazy

Szukając czegoś na dysku, znalazłem taki oto śmieszny, ale jakże prawdziwy, rysunek (nie mojego autorstwa rzecz jasna):

30
mar
07

Dusigrosze na wakacjach, czyli rzecz o budżetowym podróżowaniu

W przekonaniu wielu osób podróże, zwłaszcza egzotyczne, są niesamowicie drogie, i trzeba być niezmiernie bogatym człowiekiem, by sobie na nie pozwolić. Gdy w pracy oznajmiłem swój zamiar wyjechania na tak długi czas do Afryki, dostrzegłem pewną podejrzliwość w oczach moich współpracowników – zapewne przez ich głowy przebiegła myśl: „Ile on do cholery zarabia? Muszę iść do szefa po podwyżkę”.

Łatwo to zrozumieć, gdy przejrzy się katalogi biur podróży – nawet kilkutygodniowa wycieczka w po egzotycznym kraju kosztuje niesamowitą forsę. Tymczasem gdy pojedzie się na własną rękę, jeździ lokalnym transportem, śpi w małych hotelikach przeznaczonych głównie dla miejscowych i je w przydrożnych jadłodajniach, można taki wyjazd zorganizować za relatywnie niewielkie pieniądze, ułamek kwoty jaką by kosztował zorganizowany wyjazd.

Tak zawsze jeździłem, jeszcze za czasów studenckich, tak odbywa się moja obecna wyprawa. Nieraz warunki są ciężkie, hotele często są mało komfortowe, o transporcie już nieraz pisałem. Ale te wszystkie mankamenty stają się nieistotne w zderzeniu z faktem, że tu jestem, że widzę to wszystko co widzę, przeżywam te wszystkie przygody.

Wiele osób jeździ w ten sposób – jest to całe środowisko „plecakowców”, którzy nie czekając aż się dorobią na stare lata, ze stosunkowo niedużą kasą w kieszeni, nie zważając na niewygody, ruszają w drogę. I to jest super pozytywne zjawisko.

Ale droga plecakowca nie jest wolna od pułapek. Szalenie łatwo przegiąć, stracić z oczu właściwy cel tej zabawy, jakim jest możliwość dotarcia do danego miejsca, przeżycia przygody, poznanie ciekawych ludzi, fajne spędzenie czasu – przy ograniczonych środkach, a skupić się na celu zupełnie nieistotnym i w gruncie rzeczy nieracjonalnym – wydaniu jak najmniejszej ilości pieniędzy. Za wszelką cenę.

Nieracjonalnym, bo przecież najłatwiej go osiągnąć w ogóle nie wyjeżdżając. A tu ten nasz plecakowiec wyjeżdża, i zaczyna się tak zachowywać, jakby chciał zminimalizować skutki swojej pochopnej decyzji. Dotyka go swoista choroba, nazwijmy ją roboczo „syndromem chorobliwej oszczędności” lub w skrócie SChO. Dla ułatwienia dalszych rozważań plecakowca nią dotkniętego będę nazywał „chorobliwie oszczędnym plecakowcem” – lub ChOP.

Opiszę więc, ku przestrodze, pokrótce różne symptomy tej straszliwej choroby.

Pierwszym stadium SChO jest wybieranie zawsze najtańszej opcji – niezależnie od tego jak podły jest, ile w pokoju gnieździ się pluskiew, karaluchów, szczurów i innego paskudztwa, jak bardzo niedobrze się robi po wejściu do ubikacji, ChOP zawsze wybierze najtańszy hotel w mieście. Nawet jeśli drzwi w drzwi sąsiaduje z nim przytulny, czyściutki pensjonacik, jeśli jest droższy choć o dolara – odpada z marszu. Czynnikiem pozwalającym ocenić, czy mamy już do czynienia z SChO czy ze zwykłą praktyką budżetowego podróżowania (niestety rzadko plecakowców stać na najlepsze hotele, a często stać tylko na naprawdę kiepskie) – jest niezwracanie uwagi na bezwzględną cenę – jeśli liczy się tylko fakt bycia najtańszym hotelem, a nie to, czy jego cena mieści się w jakimś założonym budżecie – to jest to sygnał alarmowy.

Podobna sytuacja dotyczy jedzenia – jeśli ktoś je na ulicznym stoisku bo mu tam jedzenie smakuje, to wszystko w porządku. Ale jeśli ktoś przez cały wyjazd żywi się falafelami, których nie znosi (ew. których ma dość) a nie pójdzie do nieco droższej, ale wciąż taniej knajpki na doskonały obiad, to już ma powód do namysłu.

Warunkiem koniecznym, by uznać dane zachowanie za skutek SChO jest to, że wybrana opcja wcale ChOP-owi nie sprawia przyjemności, a lepsza – ale droższa – alternatywa istnieje i mieści się w zasięgu jego możliwości finansowych.

Drugim stadium SChO jest negacja. W celu zaoszczędzenia pieniędzy ChOP rezygnuje z różnych rzeczy. Przyjedzie do Agry ale Taj Mahal obejrzy przez płot. Nie pójdzie na piwo wieczorem, mimo iż jest szalenie gorąco i przydałoby się przepłukać gardło. Nie przejedzie się na słoniu bo za drogo. Znów charakterystycznym jest fakt, że na to wszystko obiektywnie ChOP ma pieniądze i ochotę, zwycięża po prostu chęć zaoszczędzenia.

Trzecim, już poważnym stadium, jest agresja i egzaltacja. Oszczędzanie zaprząta głowę ChOP-a w tym stopniu, że ciężko jest mu myśleć o czymkolwiek innym. Robi się agresywny – każdy tubylec w jego oczach staje się potencjalnym naciągaczem i oszustem, zawarcie każdej transakcji – wynajęcie pokoju w hotelu czy taksówki – walką o uzyskanie korzystnej ceny, grą o sumie zerowej, w której musi być wygrany i przegrany, każdy żebrak – niezależnie w jak nędznej sytuacji – zamachowcem na jego pieniądze. ChOP w tej fazie z pogardą patrzy na innych turystów, frajerów, którzy zapłacili za coś więcej niż on. W każdych negocjacjach minimum, o które walczy, jest cena dla miejscowych, ale satysfakcję przynosi dopiero cena niższa. W tej fazie choroby ChOP nie powstrzyma się od stosowania brudnych sztuczek – wślizgnie się do muzeum bez biletu, posłuży się sfałszowaną legitymacją studencką w pociągu, rzuci taksówkarzowi mniejszą kwotę niż umówiona i oddali się szybkim krokiem czy w skrajnym przypadku umknie cichcem z hotelu bez zapłacenia. Oczywiście zawsze znajdzie sobie wytłumaczenie – rząd jest drański, bilet za drogi, taksiarz żądał za dużo, hotel nie był wart swojej ceny.

Jeśli ChOP pisze relację ze swojego wyjazdu w Internecie, łatwo rozpoznać trawiącą go chorobę. Większość bloga zajmuje bowiem opis toczonych przez ChOP-a bojów – udanych i nieudanych negocjacji, prób oszustwa z jednej i z drugiej strony, wypisy wszystkich możliwych cen. Jeśli za coś ChOP zmuszony został zapłacić (przynajmniej w jego mniemaniu) niesprawiedliwą cenę, nawet jeśli chodziło o przepłacenie 20 groszy za herbatę, lament z tego tytułu zajmie przynajmniej pół strony.

SChO to straszna choroba. W zaawansowanym stadium może całkowicie zabić przyjemność z podróży, uniemożliwia spojrzenie na otaczającą rzeczywistość przez jakikolwiek inny pryzmat niż wydawanych pieniędzy.

Strzeżcie się więc bracia i siostry plecakowcy, nie dajcie się jej złapać! Bo szalenie łatwo wpaść w jej sidła. I jest okrutnie zaraźliwa!!

13
mar
07

Etiopia – pierwsze chwile

Cóż, już od dawna mój blog nie jest blogiem pisanym „na żywo”, co najwyżej „na żywiej” niż gdybym wszystko opisał po powrocie do domu, zatem niech nikogo nie zdziwi, że pojawia się teraz, po niemal trzech miesiącach mojego pobytu w tym kraju, relacja z pierwszych chwil pobytu w Etiopii :) . Przyznam się, że mam nadzieję, że te teksty będzie miał ktoś ochotę czytać nawet jak już dawno będę „wrócony” do normalnego, codziennego życia, a wtedy takie przesunięcie w czasie relacji i tak nie będzie miało najmniejszego znaczenia. W każdym razie ostatecznie kończę temat Sudanu i rozpoczynam Etiopię. Dziś znów tylko tekst, ale obiecuję – następny wpis to będą prawie same zdjęcia – z gór Simen.

Granica między Sudanem a Etiopią w Metemie nie jest zbyt imponująca. Po stronie sudańskiej jest nawet kilka nowych, murowanych budynków – wybudowanych w związku z podpisaniem między obu krajami porozumienia o wykorzystaniu przez Etiopię portu morskiego w Sudanie. Ostatnie formalności, kontrola paszportowa, celna, i mogę przekroczyć mały mostek nad wyschniętą rzeczką, stanowiącą granicę. A więc jestem w Etiopii. Rozglądam się w poszukiwaniu budynków etiopskiej odprawy – w końcu ktoś pokazuje mi glinianą chatkę na poboczu.

- Musisz iść wpierw tu, tu ci sprawdzą paszport i wizę – tłumaczy.

W środku dwóch znudzonych urzędników, stół, jakieś wyblakłe plakaty na ścianach i właściwie nic więcej. Oglądają mój paszport, wizę, wbijają pieczątkę, życzą miłego pobytu w Etiopii i mogę iść dalej.

- Teraz odprawa celna, tutaj – zostaję skierowany w stronę podobnie niepozornego budyneczku kawałek od drogi, ale nawet nie muszę wchodzić do środka, bo celnik siedzi na dworze, oparty o drzewo. Każe mi otworzyć plecak, wyciąga ze dwa przedmioty z wierzchu, ogląda, po czym każe iść dalej. Zastanawiam się, co by się stało gdybym w ogóle tu nie podszedł, pewnie nawet by mnie nie zauważył, albo by mu się nie chciało za mną ganiać.

Człowiek który mi pokazywał te budyneczki trudni się też wymianą pieniędzy. Kurs jaki mi oferuje nie jest rewelacyjny, wymieniam więc tylko pozostałe sudańskie dinary, by mieć za co dotrzeć do Gonder.

Znajduję hotel. Za niewiele ponad 3 dolary mam prywatny pokój, łóżko z pościelą, moskitierę, gniazdko elektryczne i dostęp do wspólnej łazienki z prysznicem z bieżącą wodą. Wprawdzie wg jakichkolwiek międzynarodowych standardów trudno byłoby uznać ten hotel za coś więcej niż niezłą dziurę, ale po miesiącu w Sudanie ciężko mi uwierzyć, że można mieć takie luksusy za tak nieduże pieniądze. Cóż, jak się później przekonałem, spędziwszy trochę czasu w Etiopii, nieźle ze mnie zdarli :) .

Idę się przejść. Metema to typowa wieś ulicówka. Ludzie są zupełnie inni niż w Sudanie, inne ubiory, twarze. Czytając różne relacje z Etiopii spodziewałem się nieustannego ataku wszelkiej maści żebraków, naciągaczy i innych, ale prócz okazjonalnych okrzyków „faranji” (cudzoziemiec) czy „you you” nic takiego nie nastąpiło. Może tu trafia mało turystów – myślę, spodziewając się najgorszego nazajutrz, gdy dotrę do Gonder.

W hotelu obiad – injeerę, narodowe danie zostawiam sobie na następny raz, zadowalając się spaghetti. Całkiem niezłe, zwłaszcza że to moje pierwsze europejskie jedzenie od miesiąca. No i przede wszystkim nie odmawiam sobie przyjemności wypicia piwa!

Ucinam sobie pogawędkę z siedzącym przy stoliku obok Etiopczykiem, który wcześniej pomógł mi zamówić posiłek. Myślę sobie, że muszę mieć niebywałe szczęście – w Internecie czytywałem relacje ludzi, którzy przez kilka tygodni pobytu nie spotkali nikogo, kto by z nimi bezinteresownie porozmawiał, a ja w tej Etiopii jestem niecałe dwie godziny i już mi się takie niezwykłe szczęście trafiło. Oby tylko nie okazało się, że wykorzystałem od razu przysługujący mi limit życzliwych osób.

Długo nie siedzę – muszę następnego dnia wstać przed świtem, bo autobusy w Etiopii mają niemiłą cechę ruszania o szóstej rano. Bilet mam już kupiony, ale jak mi radzą w hotelu, lepiej bym przyszedł o 5:45, wtedy sobie spokojnie zajmę dobre miejsce. Autobus ruszy może o 6:30, może później.

Jak radzą tak czynię – o wspomnianej godzinie stawiam się przy autobusie, oczyma wyobraźni widząc siebie zajmującego najlepsze miejsce w pustym pojeździe. A tu zaskoczenie – wszystkie miejsca są już zajęte, ktoś się jednak lituje nade mną i jakimś cudem znajduje się i dla mnie. Ale wygodnie nie jest.

Ruszamy prawie natychmiast. Jak dobrze, że chciałem zająć lepsze miejsce, bo ktoś inny zapewniał mnie, że jak przyjdę po szóstej to w zupełności wystarczy…

Początkowo jedziemy przez równinny las, co jakiś czas mijając małe wioski i miasteczka, wkrótce jednak droga zaczyna się wznosić – wjeżdżamy na Wyżynę Abisyńską, mamy do pokonania ponad 1500 metrów wysokości. Krajobraz za oknem – wysokie góry, przepaści, strzeliste skały – przypomina mi czytaną niegdyś książkę Wilbura Smitha, której akcja przez jakiś czas działa się w starożytnej Abisyni. Opisywał właśnie te niezwykłe góry, warownie umieszczone na ich szczytach, wojownicze klany w nich mieszkające. Zamków nigdzie nie mogłem dostrzec, ale bez trudu je sobie wyobrażałem, prawie oczekując, że za którymś z kolejnych zakrętów wreszcie jakiś się pojawi.

Po kilku godzinach docieramy do Gonder. Mile zaskakuje mnie to miasteczko – może to tak po Sudanie, ale wydaje mi się prawie europejskie w charakterze, z chodnikami, wyasfaltowanymi ulicami, barami. Otoczone wzgórzami, nie byłoby zupełnie nie na miejscu gdzieś w naszych Sudetach.

Praktycznie pierwszą osobą, którą napotykam po wyjściu z autobusu jest Frank, Niemiec którego poznałem jeszcze na promie do Sudanu. Jedzie rowerem z Zagłębia Ruhry pod Kilimandżaro. Witamy się serdecznie, po czym pytam:

Co robisz?

Nic – odpowiada.

Jeśli miałbym wskazać jakąś zasadniczą różnicę między podróżnikami długo i krótkoterminowymi, to byłby nią właśnie ten luz, na jaki sobie mogą pozwolić ci podróżujący przez dłuższy okres czasu. Przyjeżdżasz do miasteczka i nie rzucasz się od razu w wir zwiedzania, tylko leniwie sączysz piwo w którymś z lokalnych barów, przechadzasz się bez celu ulicami, pogadasz z kimś, posiedzisz i pokontemplujesz widoki. Czasem nawet zdarza się, że będąc w danym miejscu kilka dni, nie zwiedzisz tych wszystkich zabytków, które zaliczą przebywający tu przez jeden dzień turyści krótkoterminowi.

W każdym razie postanawiam przyłączyć się do frankowego nic-nierobienia, i razem idziemy nic nie robić w jednym z tutejszych pubów, rozkoszując się zimnym piwem w cenie odpowiadającej pięćdziesięciu groszom polskim za kufel.

I tak przyjemnie, choć leniwie, mijają mi pierwsze chwile w Etiopii. Nie jest źle!

10
mar
07

Pożegnanie z Sudanem

Siedziałem na niemiłosiernie twardej ławce półciężarówki zmierzającej ku granicy z Etiopią. Jak zwykle w Sudanie, pojazd był wypełniony ponad miarę – część pasażerów siedziała na dachu, a dwie osoby jechały właściwie poza samochodem, uczepione jakiś prętów.
To były moje ostatnie chwile w tym kraju. Spędziłem w nim miesiąc – krótko, biorąc pod uwagę jego rozmiar, niemal dziesięciokrotnie większy od Polski. Udało mi się dotrzeć do wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale jeszcze sporo zostało do zbadania, zeksplorowania – cała południowa część kraju, kilka miejsc na północy no i Darfur – jak poprawi się tam sytuacja.
Wiedziałem, że to co najmocniej zapamiętam, to niezwykła gościnność jego mieszkańców, z którą stykałem się na co dzień, wszędzie. Czasem drobną – zaproszenie do posiłku, miła pogawędka, a czasem wymagającą pewnych poświęceń – gdy np. spotkany w autobusie człowiek nie poszedł na zajęcia na uniwersytecie by pomóc mi załatwić sprawę w urzędzie. Dowiedziałem się o tym (o jego zajęciach) po fakcie, tak może bym go powstrzymał, choć ciężko powiedzieć czy dałbym radę.
Sudan stoi obecnie w punkcie zwrotnym swojej historii. Właśnie zakończyła się ciągnąca się już kilkadziesiąt lat wojna domowa między północą a południem, która nie dość że kosztowała życie mnóstwo ludzi, to skutecznie blokowała rozwój kraju. Trudno oczywiście do końca przewidzieć, jak będzie wyglądała przyszłość. Rząd ledwo zakończył jeden konflikt, od razu zaangażował się w kolejny – w Darfurze. Spotykani przeze mnie w mocno dotkniętych wojną Górach Nuba mieli podzielone zdanie – część oczekiwała ponownego wybuchu wojny, wskazując na liczne przypadki łamania porozumienia pokojowego przez stronę rządową, i obawiając się, że północ nigdy nie zaakceptuje separacji południa, co najprawdopodobniej zostanie wybrane w zaplanowanym na rok 2008 referendum (jest ono jednym z warunków podpisania pokoju). Inni, bardziej optymistycznie, wierzyli, że obie strony są na tyle zmęczone walką, i dostatecznie wiele razy zdały sobie sprawę ze względnej równowagi sił, że po prostu nie mają innego wyjścia jak dogadać się.
Sudan, obok Iranu, stanowi też dobry przykład na to, co może się stać, gdy obywateli zmusza się do religijności. Paradoksalnie, efekt jest zgoła odwrotny od zamierzonego. Im bardziej człowieka zmusza się do wiary, tym bardziej człowiek ten od niej ucieka. W efekcie już po kilkunastu latach obowiązywania ścisłego szariatu w Sudanie, zaczęto od niego odchodzić (może nie w pełni, ale zrezygnowano z wielu najdrastyczniejszych elementów) – nawet najbardziej zagorzali zwolennicy przekonali się, że nie tędy droga. To właśnie w Sudanie – m.in. w środowiskach sufi – rodzą się pomysły jak pogodzić wierność Koranowi ze współczesnością, z ideami europejskiego humanizmu. Czasem rewolucyjne, jak Mahmouda Muhammada Tahy (straconego w 1985 roku przez ówczesny rząd za sprzeciwianie się wprowadzeniu szariatu) – który stwierdził, że Koran zawiera w istocie dwa przesłania – pierwsza jego część (z Mekki) to przesłanie uniwersalne, idealne, przeznaczone dla całej ludzkości, nawołujące do pokoju i braterstwa, zaś późniejsze wersy (z Medyny) były przeznaczone tylko dla ówczesnych wyznawców, jako iż ludzie nie zaakceptowali pierwszego przesłania. To właśnie ta druga część Koranu jest podstawą szariatu, i pożywką dla wojującego islamu. Taha głosił, iż nadszedł czas dla muzułmanów, by przyjąć to pierwsze przesłanie, a drugie, które było niegdyś konieczne dla przetrwania i rozwoju religii, należy obecnie porzucić.
Wprawdzie droga do szerokiego podjęcia takich idei jest wciąż daleka, ale paradoksalnie w Sudanie islam przez zwykłych ludzi jest praktykowany w dużo mniej radykalnej postaci niż np. w Egipcie. Kobiety nie zasłaniają twarzy, jak jest impreza, to bawią się wszyscy razem. Na poziomie zwykłych międzyludzkich kontaktów nie ma nienawiści religijnej – w każdym mieście na północy, gdzie żyją też chrześcijanie, działają kościoły, w Chartum już na początku grudnia w wielu sklepach widziałem choinki i inne dekoracje związane ze świętami Bożego Narodzenia. I pomyśleć, że w Europie w niektórych krajach oficjalnie zakazuje się np. publikowania okolicznościowych znaczków pocztowych! Dowodzi to chyba tylko jak bardzo na Zachodzie wizerunkiem islamu zawładnęły te najbardziej radykalne, fundamentalistyczne odłamy. Ze szkodą dla wszystkich.
Wielu ludzi w Europie uważa, że problemy Afryki wynikają z faktu, iż Afrykańczycy są głupi, leniwi i okrutni z natury. To nieprawda, w Sudanie poznałem mnóstwo ludzi, którzy przeczą temu stereotypowi. Nawet w najbardziej oddalonych od cywilizacji wioskach, do których udało mi się dotrzeć, spotykałem zawsze kogoś kto mówi po angielsku. Ludzie, z którymi rozmawiałem, bardzo często wykazywali zaskakującą trzeźwość sądów i orientację w sytuacji – zarówno lokalnej jak i międzynarodowej. W Sardibie, w Górach Nuba, rozmawiałem z Arabem – pracownikiem organizacji pozarządowej DCA. Był zafascynowany tutejszą kulturą, a także zaskoczony, że miejscowi ludzie, mimo wszystkich krzywd jakich doznali od jego pobratymców, nigdy nie okazali mu nawet cienia nienawiści. Inny Arab, którego spotkałem w tym rejonie, który wychował się w miasteczku Kadugli, i które opuścił po wybuchu wojny, studiował na oddziale Uniwersytetu Juby – miasta w południowym Sudanie. Wyznał mi, że ma nadzieję, że już wkrótce sytuacja unormuje się na tyle, by mógł odwiedzić miasto z którego wywodzi się jego uczelnia. W Chartum mieszkałem w pokoju hotelowym z Darfurczykiem, Arabem i Koptem (chrześcijaninem) z Egiptu – i wszyscy odnosiliśmy się do siebie z szacunkiem, dyskutowaliśmy o różnych sprawach, mimo dzielących różnic.
To wszystko pozwala z pewnym optymizmem patrzeć w przyszłość, uwierzyć, że Sudańczycy będą potrafili żyć ze sobą w pokoju, że na tym najważniejszym, podstawowym poziomie nie ma nienawiści, która uniemożliwi koegzystencję. I że jak dostaną szansę, będą budować i rozwijać swój kraj, umęczony wieloletnią wojną domową.

Zatrzymaliśmy się na sikanie. Odszedłem nieco na bok. W pobliżu przykucnął mężczyzna – tutaj nikt nie sika na stojąco, faceci kucają, po czym rozpinają rozporek i załatwiają potrzebę. W ten sposób nikt na pewno nie zobaczy czego nie powinien, przyzwoitość zostanie zachowana.
Cóż, mimo wszystko Sudan pozostaje muzułmańskim krajem…

16
lut
07

Opowieści z gór Nuba – pickup

Z Sardiby wyjechałem ciężarówką – całkiem komfortowo tym razem, dostałem miejsce w kabinie kierowcy. Myślałem, że tak sobie dojadę do celu, ale gdy dojechaliśmy do sąsiedniej wioski, kazali mi wysiąść, po czym auto oddaliło się w nieznanym kierunku i celu. Próbowałem dowiedzieć się kiedy wróci, i czy dowiezie mnie do Kadugli, ale bez większego skutku. Odpowiedzi, które uzyskałem, najłagodniej mogę określić jako wymijające.
Czekałem więc, kręcąc się po wiosce i zabijając czas obserwacją toczącego się wokół życia. Niewiele się działo jednak, więc z pewną ulgą przywitałem pojawienie się pickupa, który miał jechać do Kadugli.
Zająłem więc miejsce i czekałem aż ruszymy.
Oczywiście samochód nie ruszył od razu. W Sudanie nigdy nie rusza dopóki nie jest pełen. Przy czym można wyróżnić kilka progów zapełnienia.
Próg pierwszy to nominalna pojemność pojazdu, taka jaką zaplanował producent.
Próg drugi osiąga się w momencie, gdy ludzi jest tyle, że robi się na serio ciasno.
Próg trzeci to moment, gdy kierowca uznaje, że ludzi i pakunków już jest dosyć by opłacało się ruszyć.
Próg czwarty osiąga się, gdy mimo najszczerszych chęci, nie da się już nikogo wcisnąć do środka. Tego stanu nie da się zaobserwować w naturze, prawdopodobnie jest osiągalny tylko w warunkach laboratoryjnych.
Gdy zajmowałem miejsce stopień wypełnienia pickupa był mniej więcej na poziomie pomiędzy drugim a trzecim progiem. Na nasze – ledwo się wcisnąłem. Cały środek pickupa zajmowały jakieś worki, cała góra worków, ludzie siedzieli po bokach na barierkach. Trwała właśnie dyskusja między pomagierem kierowcy (zawsze jest taka osoba, zajmuje się zbieraniem pieniędzy za przejazd, nawoływaniem nowych pasażerów i upychaniem ich w środku tak by nie oszukiwali, że już nie ma miejsca) a jakimś facetem, który chciał wejść z czterema wielkimi workami ziarna. Wydawało mi się, że nie ma absolutnie szansy żeby to zrobił, już w tej chwili samochód wyglądał niczym wóz z uchodźcami i całym ich dobytkiem, ale oczywiście jednak się udało jakoś wcisnąć i te worki i kolesia.
W końcu ruszyliśmy. Trzymałem się z całej siły, żeby nie wypaść za burtę na jakimś wyboju. Kurzyło się niesamowicie, w pickupie było to o wiele bardziej uciążliwe niż w ciężarówce, bo praktycznie jedzie się non-stop w tej chmurze pyłu. Wkrótce wszyscy byliśmy pokryci warstwą rdzawego kurzu, przynajmniej raz byłem mniej więcej tego samego koloru co miejscowi.
W pewnym momencie dojechaliśmy do wyschniętej obecnie rzeki. Brzegi były dość strome, samochód z takim obciążeniem nie dałby im rady. Wysiadamy więc, trzeba przejść na piechotę i wsiąść po drugiej stronie.
Na drodze stała kobieta z synem i pięcioma wielkimi kanistrami. Gdy przejeżdżaliśmy, zamachała na nasz samochód. Ku mojemu zdumieniu i zgrozie zatrzymaliśmy się. I okazała się, że dwie osoby i pięć kanistrów też się zmieszczą. Od czego sznurek – kanistry przytroczone zostały z zewnątrz, no a upchnąć dwie osoby na pickupie, którym już i tak jedzie ponad dwadzieścia – czy to naprawdę taki problem?