Posty otagowane ‘NGO

14
lut
07

Opowieści z gór Nuba – DCA

 

Sardiba jest rozrzucona na bardzo dużym obszarze, zwiedzanie jej na piechotę – zwłaszcza zważywszy panujący upał – byłoby bardzo męczące. Toteż z miłą chęcią wskoczyłem na rower, wypożyczony od rodziny u której mieszkałem.

Cóż.. trochę nie doceniłem gorąca. Po przejechaniu dosłownie kilku kilometrów musiałem schronić się na dłuższą chwilę w cieniu. Gdy w końcu zebrałem się w sobie by ruszyć dalej, zapowiedziałem sobie – tylko do tego zakrętu i ani kawałka dalej. No ale jak dojechałem tam, ciekawość zwyciężyła, i pojechałem jeszcze kawałek. I potem jeszcze jeden.

I trafiłem na jakiś wojskowy obiekt, otoczony drutem kolczastym. Ups.. pomyślałem, i zacząłem się dyskretnie wycofywać – gdzie jak gdzie, ale w Sudanie lepiej tego typu miejsc nie zwiedzać. Ale było za późno – w moją stronę już szli jacyś ludzie. „Chodź z nami” – powiedzieli.

Co miałem robić, poszedłem. Z duszą na ramieniu. Przeszliśmy przez bramę, gdzie kazali mi zostawić rower, i zaprowadzili do jakiegoś budynku. Wyszedł mi na spotkanie jakiś mężczyzna. Nie był w wojskowym mundurze (zresztą ludzie, którzy mnie tu przyprowadzili także nie), i wyglądał dość sympatycznie. Spojrzał na mnie zdziwiony.

Zacząłem się tłumaczyć:

„Jestem turystą, i przyjechałem do Sardiby. Zwiedzam okolicę na rowerze, i tak tu trafiłem, przypadkiem. Swoją drogą co to jest za miejsce?”

„DCA. Jesteśmy organizacją pozarządową, zajmujemy się rozminowaniem terenu.”

Ulżyło mi.

Cechą szczególną wojen jest fakt, że cele krótkoterminowe – jakim jest zwycięstwo czy chociaż chęć uprzykrzenia życia wrogom – przesłaniają kwestie długoterminowe, takie jak co zrobić jak już wojna się skończy. Z tego między innymi wynika ogromna popularność min lądowych. Pomagają one w walce, ale stanowią ogromny problem później.

„Ile zajmie rozminowanie gór Nuba?” – próbowałem się dowiedzieć.

„Nikt tego nie wie, ciężko przewidzieć”

„Ale mniej więcej? Pięć lat? Dziesięć? Dwadzieścia?”

„Przynajmniej dwadzieścia. To bardzo trudny teren, górzysty, a w dodatku mamy ograniczone środki na Sudan. Jest mnóstwo innych rejonów, gdzie pomoc jest pilniejsza.”

Na ścianie wisiała tablica z różnymi typami min. Jest ich ponad kilkadziesiąt. Podstawowe dwa typy to miny przeciwpancerne i przeciwpiechotne. Te drugie są dużo groźniejsze, bo może je wyzwolić przechodzący nad nimi człowiek lub zwierzak.

Pamiętam, że przed wyjazdem do Afryki rozważałem taki problem, jak się musi czuć człowiek, który nadepnie na minę – to musi być straszne uczucie, jak wiesz, że kolejny krok spowoduje wybuch. Zastanawialiśmy się też z kolegami z pracy, czy nie dałoby się w miejsce stopy podstawić jakiegoś kamienia. Spytałem o to. Bahrel, mój rozmówca, roześmiał się:

„Tylko na amerykańskich filmach. Normalnie nigdy nie wiesz, że nadepnąłeś na minę – jest zakopana kilkanaście centymetrów pod ziemią. Orientujesz się kiedy jest już za późno. Dlatego miny są takie niebezpieczne. A najgorsza z nich jest ta” – pokazuje mi jeden z rysunków. „To włoska mina, wyskakuje nad powierzchnię ziemi. Zwykła mina urwie ci nogę, ta cię może zabić. Na szczęście rzadko się je tu spotyka.”

„A jak w ogóle wygląda z bezpieczeństwem w tym rejonie? Czy istnieje duże ryzyko, że nadepnę na minę?”

„Raczej nie, ale poza wioskami lepiej chodź po wydeptanych ścieżkach – tam gdzie chodzą ludzie, jest bezpiecznie. Większość pól minowych zidentyfikowaliśmy i oznaczyliśmy, tereny, gdzie ludzie często chodzą w znacznej mierze udało nam się już oczyścić, ale w górach jest jeszcze tego sporo”.

„A czy zawód sapera jest faktycznie taki niebezpieczny? Straciliście wielu ludzi?”

„Nie, tylko jedna osoba została zraniona. W dodatku przez własną głupotę – koleś poszedł rozminowywać teren po godzinach pracy, bez całego potrzebnego sprzętu. Nikt nie wie dlaczego, w każdym razie dzisiaj jest kaleką. Ale jak się stosujesz do reguł postępowania, jest to w miarę bezpieczne.”

Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, aż nagle Bahrel zaproponował:

„A może chcesz skorzystać z Internetu? Mamy tu łącze satelitarne”

I tak z Sardiby, jednego z bardziej oddalonych od cywilizacji miejsc, w jakim miałem okazję się znaleźć, z wioski bez prądu, gdzie ludzie żyją w chatkach z gałęzi, gdzie jedzie się kilka godzin ciężarówką przez busz do najbliższego miasteczka, wysłałem maila.

Zobacz na mapie gdzie (mniej więcej :D ) jest Sardiba!!

03
lut
07

Opowieści z Gór Nuba cz. III – Gitara i rower

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy przy wjeździe do Kadugli, największego miasta gór Nuba, jest ogromny kompleks budynków ONZ. Robi niezwykłe wrażenie, zwłaszcza w tej okolicy, gdzie dominują niewielkie, kryte strzechą budyneczki. Prócz ONZ jest tu wiele innych organizacji pomocowych – zajmują się budową studni, szkół, szpitali a także obserwacją realizacji porozumienia pokojowego między rebeliantami a rządem.

Po dziurawych ulicach miasteczka pomykają zarówno zaprzężone w osiołki powozy miejscowych, jak i ogromne samochody organizacji.

Organizacje są niezwykle potężne, dysponują wydaje się nieograniczonymi środkami – odkąd przybyły tu 2-3 lata temu po zakończeniu wojny, ceny wynajmu lokali i terenów wzrosły ponad piętnastokrotnie!

Nawet ja, mimo iż wychowany w Europie, poczułem ogromny respekt, cóż więc muszą sobie myśleć miejscowi, z których wielu cztery lata temu pierwszy raz w życiu widziało na oczy samochód?

Pewnie że biali dysponują jakąś ponad naturalną siłą. I że są jedynym możliwym środkiem do zmiany ich sytuacji. I że nie warto się samemu starać, bo można się tylko namęczyć, a i tak nie osiągnie się w połowie tak dobrego efektu, jaki osiągnie organizacja w kilka dni.

W Angolo, wiosce położonej ok. 75 km na południe od Kadugli, panuje trochę poczucie beznadziei. Zadawane mi często w wielu miejscach pytanie – „Angolo good?” (oczywiście zmienia się nazwa miejscowości) tu okazuje się podchwytliwą pułapką, moja odpowiedź „good” wywołuje gwałtowne zaprzeczenie – „nie, nie jest dobrze, jesteśmy bardzo biedni, jest problem z dostępem do wody, nie ma szpitala, ze szkoły ostatnio odszedł nauczyciel i nie ma kto uczyć, w kościele mamy tylko bębny – nie ma nawet gitary, nie możemy grać żadnej muzyki, droga dojazdowa jest w bardzo kiepskim stanie, a nikt nam chce pomóc”.

O ile trudno mi dyskutować z istotnością dostępu do czystej wody – widać wyraźną różnicę chociażby w wyglądzie dzieci z wiosek z działającą pompą a tymi z wioski, gdzie wodę bierze się z brudnego bajora, z którego korzysta też bydło – te pierwsze są na oko dużo zdrowsze, nie mają np. wzdętych brzuszków, to oczekiwanie, że jakaś organizacja zajmie się nawet dostarczaniem gitary do kościoła, uznałem za lekką przesadę. A kiedy Daniel, mój rozmówca, opowiedział mi, że ludzie z Angolo cierpią, bo muszą bardzo daleko chodzić na pole, prawie nie wytrzymałem. Miałem ochotę powiedzieć – człowieku, przecież wyście tu dwadzieścia lat temu nago chodzili, a pięć lat temu trwała tu wojna. Czy naprawdę uważasz, że jest tak źle teraz? Zupełnie jak niektórzy ludzie u nas w Polsce, którzy wciąż narzekają na swoją sytuację, na przemiany ostatnich lat, nie dostrzegając jakby zupełnie, że dwadzieścia lat temu nie mieli nawet połowy tego co mają teraz. No ale wtedy nie wiedzieli, czego nie mają…

Robiono w latach sześćdziesiątych badania dotyczące związku między bogactwem a poczuciem szczęścia. Ku zaskoczeniu naukowców, nie odkryto żadnej korelacji – niektóre żyjące w skrajnych warunkach w dżungli afrykańskiej plemiona czuły się nieraz szczęśliwsze niż najbogatsze narody świata.

Jednak gdy powtórzono badania w latach dziewięćdziesiątych, zależność była bardzo wyraźna – biedni czuli się wyraźnie nieszczęśliwi. Jest to nieunikniony skutek pojawienia się telewizji, która uświadomiła tych ludzi, jak żyją ludzie w innych częściach świata.

Przypomniał mi się taki śmieszny film, który kiedyś widziałem. Grupka ludzi włamała się do mieszkania, by grać muzykę z wykorzystaniem domowych sprzętów. Wykorzystując wszystko co im wpadło w ręce, robili całkiem niezłą muzykę. Spróbowałem więc przekonać Daniela, że przynajmniej do tego nie muszą czekać na organizacje, że można grać z wykorzystaniem tego co pod ręką. Wręczyłem wszystkim znajdującym się w okolicy osobom do ręki „instrumenty” – pokrywki garnków, jakieś patyki, butelkę itd. Na mój sygnał zaczęliśmy grać – no przyznam że może nie była to najlepsza muzyka jaką słyszałem, ale był to pierwszy raz, poza tym chodziło tylko o zademonstrowanie idei. Wszyscy się śmiali, ale Daniela nie przekonałem – „potrzebujemy gitary”.

„I roweru” – dodał. „Jak wrócisz do Polski, to poproś, żeby też przysłali rower dla mnie”.

 

Kościół w Angolo

Jedyne źródło wody w wiosce w pobliu Angolo

Daniel i Mojżesz