Jak pisałem już kiedyś, w relacjach z podróży chronologia nie jest aż tak zupełnie istotna, zatem zanim zacznę opowieści z Gór Nuba, parę słów o Kassali, ostatnim mieście przed granicą z Erytreą – póki mam to na świeżo w głowie. Przy okazji news dla wybierających się w te strony – granica jest znów otwarta!
Na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja!
Po niemal dwóch tygodniach spędzonych w głuszy rozkoszuję się przejawami cywilizacji. Dobrze zaopatrzone sklepy, utwardzone ulice, prąd – nie dość że w ogóle jest, to jest przez całą dobę. Raz trafiłem do cukiernio-kawiarni – eleganckie stoliki, duży wybór ciast i cukierków, i najprawdziwsza na świecie maszyna do robienia pop-cornu! Taka co się do takiego metalowego pojemniczka wsypuje ziarna, one po chwili robią pop-pop-pop, i usypują się w apetyczne stosy za szybą. Czym prędzej zamówiłem porcję, czekając aż koleś wyciągnie tą charakterystyczną papierową torbę, do której się nakłada prażoną kukurydzę i wcina w kinie. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jestem w żadnym wypadku fanem jedzenia w kinie pop-cornu, wręcz przeciwnie – zawsze z pewnym politowaniem patrzę na osoby udające się na dwugodzinny pokaz zaopatrzone w prowiant niczym na wyprawę polarną, niemniej po dłuższym czasie obcowania z afrykańską codziennością takie europejskie w charakterze drobiazgi zaczynają cieszyć.
Sprzedawca wyciągnął siatkę. Taką dużą, z grubej, czarnej folii. Dobrze chociaż że mi tej kukurydzy specjalnie nie skąpił. Była pyszna.

Pawiany wchodzą na ściany
Kassala to ostatnie z odwiedzanych przeze mnie miejsc w Sudanie, od jutra zaczynam przebijać się do Etiopii, gdzie za kilka dni spotykam się z Filipem.
Nad Kassalą górują – a właściwie totalnie dominują – góry Taka. To grupa ogromnych, obłych, jednolitych, granitowych skał wyrastających nagle z płaskiej jak stół równiny.
Widziałem je przedtem na zdjęciach, ale nie spodziewałem się, że są tak duże. Widać je z każdego punktu miasta, przez swój rozmiar sprawiają wrażenie że są tuż, tuż, za rogiem, choć w rzeczywistości jest do nich kawałek, o czym przekonałem się na własnej skórze idąc do ich podnóży piechotą.
Na szczyty nie da się wejść, przynajmniej nie bez specjalistycznego sprzętu i umiejętności – każda ze skał ma na oko kilkaset metrów wysokości. Kilkaset metrów gładkiego, niemal pionowego kamienia!
„Na szczycie tej góry” – wyjaśniał mi spotkany w meczecie u podnóża człowiek – „rośnie drzewo. Jeśli któraś z jego gałęzi spadnie na ziemię, zamieni się w złoto. Ale jeszcze nikomu nie udało się tam wejść. Raz pewien Anglik, wiedziony ciekawością, strącił jedną gałąź przelatując w pobliżu samolotem. Ale wtedy pojawił się, nikt nie wie skąd, wielki orzeł i złapał ją w locie zanim upadła.”
Uznałem, że choć nie dam rady wejść na żaden z wysokich szczytów, mogę chociaż wdrapać się kawałek do góry po kamieniach, by spojrzeć stamtąd na miasto. Po pokonaniu kilku metrów usłyszałem nad sobą szczekanie.
Zdziwiło mnie w jaki sposób ten pies się tu znalazł, na takiej wysokości. Gdy jednak spojrzałem w górę, moim oczom ukazał się ogromny pawian! To on na mnie szczekał.
Tak staliśmy przez chwilę wpatrzeni w siebie. Ja niezbyt wiedziałem co dalej zrobić, pawian wiedział – poszczekiwał na mnie od czasu do czasu – choć może tylko maskował w ten sposób swoje zmieszanie. Po chwili pojawił się drugi, a za nim trzeci i czwarty.
Przyznam, że zupełnie nie znam się na pawianach. Wiem tyle, że mają czerwone tyłki, ale do dziś nie miałem pojęcia że potrafią szczekać. I do teraz nie wiem co to właściwie oznacza.
W każdym razie kiedy pawianów na skale nade mną zrobiło się osiem, uznałem ich przewagę liczebną i wycofałem się.
A na koniec, dla zainteresowanych, jak wyglądają łazienki w tutejszych hotelach.

Jedna z bardziej luksusowych z jakich korzystałem w Sudanie, ma nawet kafelki i bywa woda. Chyba, bo w czasie mojego pobytu nie działała i trzeba było używać wiaderka.


