Posty otagowane ‘islam

10
mar
07

Pożegnanie z Sudanem

Siedziałem na niemiłosiernie twardej ławce półciężarówki zmierzającej ku granicy z Etiopią. Jak zwykle w Sudanie, pojazd był wypełniony ponad miarę – część pasażerów siedziała na dachu, a dwie osoby jechały właściwie poza samochodem, uczepione jakiś prętów.
To były moje ostatnie chwile w tym kraju. Spędziłem w nim miesiąc – krótko, biorąc pod uwagę jego rozmiar, niemal dziesięciokrotnie większy od Polski. Udało mi się dotrzeć do wielu ciekawych miejsc i ludzi, ale jeszcze sporo zostało do zbadania, zeksplorowania – cała południowa część kraju, kilka miejsc na północy no i Darfur – jak poprawi się tam sytuacja.
Wiedziałem, że to co najmocniej zapamiętam, to niezwykła gościnność jego mieszkańców, z którą stykałem się na co dzień, wszędzie. Czasem drobną – zaproszenie do posiłku, miła pogawędka, a czasem wymagającą pewnych poświęceń – gdy np. spotkany w autobusie człowiek nie poszedł na zajęcia na uniwersytecie by pomóc mi załatwić sprawę w urzędzie. Dowiedziałem się o tym (o jego zajęciach) po fakcie, tak może bym go powstrzymał, choć ciężko powiedzieć czy dałbym radę.
Sudan stoi obecnie w punkcie zwrotnym swojej historii. Właśnie zakończyła się ciągnąca się już kilkadziesiąt lat wojna domowa między północą a południem, która nie dość że kosztowała życie mnóstwo ludzi, to skutecznie blokowała rozwój kraju. Trudno oczywiście do końca przewidzieć, jak będzie wyglądała przyszłość. Rząd ledwo zakończył jeden konflikt, od razu zaangażował się w kolejny – w Darfurze. Spotykani przeze mnie w mocno dotkniętych wojną Górach Nuba mieli podzielone zdanie – część oczekiwała ponownego wybuchu wojny, wskazując na liczne przypadki łamania porozumienia pokojowego przez stronę rządową, i obawiając się, że północ nigdy nie zaakceptuje separacji południa, co najprawdopodobniej zostanie wybrane w zaplanowanym na rok 2008 referendum (jest ono jednym z warunków podpisania pokoju). Inni, bardziej optymistycznie, wierzyli, że obie strony są na tyle zmęczone walką, i dostatecznie wiele razy zdały sobie sprawę ze względnej równowagi sił, że po prostu nie mają innego wyjścia jak dogadać się.
Sudan, obok Iranu, stanowi też dobry przykład na to, co może się stać, gdy obywateli zmusza się do religijności. Paradoksalnie, efekt jest zgoła odwrotny od zamierzonego. Im bardziej człowieka zmusza się do wiary, tym bardziej człowiek ten od niej ucieka. W efekcie już po kilkunastu latach obowiązywania ścisłego szariatu w Sudanie, zaczęto od niego odchodzić (może nie w pełni, ale zrezygnowano z wielu najdrastyczniejszych elementów) – nawet najbardziej zagorzali zwolennicy przekonali się, że nie tędy droga. To właśnie w Sudanie – m.in. w środowiskach sufi – rodzą się pomysły jak pogodzić wierność Koranowi ze współczesnością, z ideami europejskiego humanizmu. Czasem rewolucyjne, jak Mahmouda Muhammada Tahy (straconego w 1985 roku przez ówczesny rząd za sprzeciwianie się wprowadzeniu szariatu) – który stwierdził, że Koran zawiera w istocie dwa przesłania – pierwsza jego część (z Mekki) to przesłanie uniwersalne, idealne, przeznaczone dla całej ludzkości, nawołujące do pokoju i braterstwa, zaś późniejsze wersy (z Medyny) były przeznaczone tylko dla ówczesnych wyznawców, jako iż ludzie nie zaakceptowali pierwszego przesłania. To właśnie ta druga część Koranu jest podstawą szariatu, i pożywką dla wojującego islamu. Taha głosił, iż nadszedł czas dla muzułmanów, by przyjąć to pierwsze przesłanie, a drugie, które było niegdyś konieczne dla przetrwania i rozwoju religii, należy obecnie porzucić.
Wprawdzie droga do szerokiego podjęcia takich idei jest wciąż daleka, ale paradoksalnie w Sudanie islam przez zwykłych ludzi jest praktykowany w dużo mniej radykalnej postaci niż np. w Egipcie. Kobiety nie zasłaniają twarzy, jak jest impreza, to bawią się wszyscy razem. Na poziomie zwykłych międzyludzkich kontaktów nie ma nienawiści religijnej – w każdym mieście na północy, gdzie żyją też chrześcijanie, działają kościoły, w Chartum już na początku grudnia w wielu sklepach widziałem choinki i inne dekoracje związane ze świętami Bożego Narodzenia. I pomyśleć, że w Europie w niektórych krajach oficjalnie zakazuje się np. publikowania okolicznościowych znaczków pocztowych! Dowodzi to chyba tylko jak bardzo na Zachodzie wizerunkiem islamu zawładnęły te najbardziej radykalne, fundamentalistyczne odłamy. Ze szkodą dla wszystkich.
Wielu ludzi w Europie uważa, że problemy Afryki wynikają z faktu, iż Afrykańczycy są głupi, leniwi i okrutni z natury. To nieprawda, w Sudanie poznałem mnóstwo ludzi, którzy przeczą temu stereotypowi. Nawet w najbardziej oddalonych od cywilizacji wioskach, do których udało mi się dotrzeć, spotykałem zawsze kogoś kto mówi po angielsku. Ludzie, z którymi rozmawiałem, bardzo często wykazywali zaskakującą trzeźwość sądów i orientację w sytuacji – zarówno lokalnej jak i międzynarodowej. W Sardibie, w Górach Nuba, rozmawiałem z Arabem – pracownikiem organizacji pozarządowej DCA. Był zafascynowany tutejszą kulturą, a także zaskoczony, że miejscowi ludzie, mimo wszystkich krzywd jakich doznali od jego pobratymców, nigdy nie okazali mu nawet cienia nienawiści. Inny Arab, którego spotkałem w tym rejonie, który wychował się w miasteczku Kadugli, i które opuścił po wybuchu wojny, studiował na oddziale Uniwersytetu Juby – miasta w południowym Sudanie. Wyznał mi, że ma nadzieję, że już wkrótce sytuacja unormuje się na tyle, by mógł odwiedzić miasto z którego wywodzi się jego uczelnia. W Chartum mieszkałem w pokoju hotelowym z Darfurczykiem, Arabem i Koptem (chrześcijaninem) z Egiptu – i wszyscy odnosiliśmy się do siebie z szacunkiem, dyskutowaliśmy o różnych sprawach, mimo dzielących różnic.
To wszystko pozwala z pewnym optymizmem patrzeć w przyszłość, uwierzyć, że Sudańczycy będą potrafili żyć ze sobą w pokoju, że na tym najważniejszym, podstawowym poziomie nie ma nienawiści, która uniemożliwi koegzystencję. I że jak dostaną szansę, będą budować i rozwijać swój kraj, umęczony wieloletnią wojną domową.

Zatrzymaliśmy się na sikanie. Odszedłem nieco na bok. W pobliżu przykucnął mężczyzna – tutaj nikt nie sika na stojąco, faceci kucają, po czym rozpinają rozporek i załatwiają potrzebę. W ten sposób nikt na pewno nie zobaczy czego nie powinien, przyzwoitość zostanie zachowana.
Cóż, mimo wszystko Sudan pozostaje muzułmańskim krajem…

02
mar
07

Derwisze

Dzisiejszy wpis dedykuję Piotrkowi Ptakowi, który interesuje się tematem sufizmu – mam nadzieję, że zachęci Cię on do odwiedzenia Sudanu (i Afryki) :) .

Przy obrazie islamu ukształtowanym przez współczesne media, wojnę z terroryzmem i najnowszą historię, obrazie skupionym mocno na fundamentalistycznych ruchach i odłamach, sufizm może zaskakiwać. Ta mistyczna tradycja, na pierwszy rzut oka bardziej kojarzy się z buddyzmem niż z radykalnym islamem propagowanym przez wahabistów z Arabii Saudyjskiej, i jako taka nie jest przez wielu z nich uznawana za poprawną. A jednak znalazła sobie mocną pozycję w świecie muzułmańskim, i istnieje już od ósmego wieku, zarówno wśród sunnitów jak i szyitów.

Podstawą sufizmu jest pragnienie osiągnięcia duchowej jedności z Bogiem. Jest to oczywiście ideał, do którego można tylko próbować się zbliżyć. W tym celu stosuje się najróżniejsze praktyki.

Podstawową z nich jest dhikr, czyli uświadamianie sobie Boga. W zależności od konkretnej szkoły sufijskiej, wykorzystuje ona recytacje Koranu i hadisów, śpiew, granie na instrumentach, rytualne tańce czy medytację. Czasem dhikr ma ściśle ustaloną formę, jak w przypadku słynnych tureckich wirujących derwiszy, czasem jest bardzo spontaniczny, jak w przypadku praktyk sufich w Sudanie.

Istotny nacisk kładzie się też na oczyszczenie umysłu z negatywnych emocji i myśli, oraz na miłość Boga i bliźniego, niezależnie od jego pochodzenia czy wyznania.

Ważnym elementem sufizmu jest relacja uczeń-mistrz. Sufi utrzymują bardzo istotne znaczenie obecności nauczyciela, który może uchronić ucznia od zejścia na manowce. Droga sufi nie jest prosta, najeżona jest pułapkami, w które osoba bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia może łatwo wpaść. Ciekaw jestem, czy George Lucas, wymyślając „Gwiezdne wojny” znał filozofię sufizmu.

Kolejnym charakterystycznym aspektem, przynajmniej w sudańskim sufizmie, jest obecność świętych osób, obdarzonych specjalnymi mocami – czasem ujawniającymi się dopiero po ich śmierci. Coś takiego jest nie do pomyślenia dla wyznawców bardziej tradycyjnych odłamów islamu, podobnie jak wzbogacanie modlitwy zaleconej przez Proroka o dodatkowe elementy.

 

Sufizm jest bardzo rozpowszechniony w Sudanie. Może to dzięki niemu tutejszy islam w życiu codziennym ukazuje znacznie łagodniejsze oblicze niż chociażby w sąsiednim Egipcie?

„My nie wierzymy, że wszystko trzeba robić dokładnie tak jak w czasach Proroka, że musimy się ubierać tak jak on i nosić brodę” – tłumaczył mi spotkany w Omdurmanie Sufi. „Wierzymy też, że kobiety są równe mężczyznom. W Sudanie nikt nie widzi problemu np. by kobieta podała dłoń obcemu mężczyźnie.”

Sufi stanowią też często zaplecze dla wysiłków zmierzających do zreformowania islamu, do pogodzenia go ze współczesnym światem i jego wartościami. Niestety, póki co te wysiłki pozostają często niezauważone, zarówno przez świat zachodni jak i przez samych wyznawców.

 

W każdy piątek, w pod-chartumskim Omdurmanie, można być świadkiem obrzędów sufich (zwanych też derwiszami). Niezwykła to ceremonia, na pierwszy rzut oka bardziej się kojarzy z Indiami niż z krajem muzułmańskim. Na placu przed grobowcem jednego z dawnym mistrzów gromadzi się cała plejada ciekawych postaci – od odzianych w białe galabadżije i turbany Arabów, przez ubranych na zielono, w fikuśnych spiczastych czapeczkach derwiszy, po wyglądających bardziej na fanów Boba Marleya niż wyznawców Allaha Murzynów w dredach i kolorowych, krzykliwych i cudacznie wyglądających strojach. Znajdzie się też cały tłumek gapiów, ubranych w najróżniejsze możliwe sposoby, w tym grupka białasów – turystów i pracowników na kontrakcie.

O ustalonej godzinie, krótko przed zachodem słońca, wszyscy ci ludzie formują pochód, który dochodzi do stóp grobowca, po czym zatrzymuje się. Formuje się ogromny krąg, i rozpoczyna się właściwa ceremonia.

Grają bębny, ludzie klaszczą, śpiewają, intonują pochwały Allaha. Niektórzy w takt muzyki kołyszą się w przód i w tył, czasem ktoś zapamięta się w modłach tak, że wyskakuje z szeregu i zaczyna tańczyć szalony taniec, podskakuje, kręci się wokół własnej osi, biega po całym terenie. Nagle gdzieś pośrodku formuje się dwuszereg ludzi zwróconych ku sobie twarzami, wymachując laskami tańczą chodzonego, w przód i w tył. Wszystko sprawia wrażenie niesamowitego chaosu, nikt nie dyryguje tym zdarzeniem, każdy robi to co uzna za właściwe dla duchowego zjednoczenia się z Bogiem.

Robię kilka zdjęć, ale ciężko się tu fotografuje, w panującym ruchu, chaosie ciężko znaleźć jakąś kompozycję, poza tym nie chcę nikogo rozpraszać swoim aparatem – w końcu to wszystko co tu się dzieje wokół mnie to ceremonia religijna, a nie pokaz dla turystów. Jestem tu tylko gościem, muszę więc to uszanować. Oddaję więc komuś aparat, a sam przyłączam się do modlących.

Kołyszę się tak jak ludzie wokół mnie, zaczynam skandować imię Allaha. Co jakiś czas zbliża się obchodzący modlących się człowiek z zapalonymi kadzidłami, wdychamy wtedy święty dym. Po pewnym czasie dociera do mnie coraz mniej z detali otaczającej mnie rzeczywistości, mój umysł koncentruje się całkowicie na tym co robię, na intonacji, na kołysaniu się. Nie wiem ile to wszystko trwa, tracę poczucie upływającego czasu…

W pewnym momencie koniec, przestaje grać muzyka, przestajemy się kołysać, intonować, następuje nagły powrót do rzeczywistości. Rozglądam się wokół siebie, wszystko wraca do normalności. Ale czuję, że przeżyłem coś niezwykłego, na pewno do zjednoczenia się z Bogiem daleka droga przede mną, ale coś poczułem. Nie umiem tego określić, nazwać, ocenić. I nawet nie próbuję.

Podchodzą do mnie różni ludzie, pytają o wrażenia, wyjaśniają różne sprawy, zachęcają, bym przyjął islam i został sufim. Nie decyduję się na to, ale wiem, że z pewnością ci ludzie są w posiadaniu jakiejś niezwykłej wiedzy, i mógłbym się od nich wiele nauczyć.

Zdjęcia już się kiedyś pojawiły u mnie na stronie, ale teraz będą bardziej w kontekście.

Przed właściwą ceremonią odbyły się pokazy gry i tańców

Uczestnicy ceremonii

Jeden z tańców w trakcie głównej części

Człowiek ze świętym dymem

23
lut
07

Nocne Polaka rozmowy

Większość hoteli w Sudanie, przynajmniej takich na które mnie było stać, to tzw. Lokandy. Najbliżej im chyba do naszych swojskich schronisk młodzieżowych. Do dyspozycji podróżnych są wyłącznie sale wieloosobowe. Ma to swoje dobre i złe strony. Do złych rzecz jasna należą niezbyt przyjemne nawyki niektórych współlokatorów – hałasowanie do późna w nocy, bezustanne spluwanie na ziemię (a dokładniej to gdzie popadnie) czy wstawanie przed świtem w celu odprawienia modłów.

Za dobrą stronę uznam doskonałą okazję do poznania ludzi.

W Chartum nocowałem w dość luksusowej lokandzie – pokój był tylko czteroosobowy, w dodatku jedno łóżko było niezajęte przez większość czasu. Jednym z moich współlokatorów był Somani, Arab ze wschodu kraju. Mówił świetnie po angielsku, i był bardzo rozmowny, spędzaliśmy więc duże części nocy na dyskusjach o różnych sprawach.

Somani wierzy we wszystko co jest napisane w Koranie. Bardzo go więc rozśmieszyło gdy przyznałem się, że uznaję prawdziwość teorii ewolucji.

„Naprawdę wierzysz, że człowiek pochodzi od małpy?”.

W desperacji sięgnąłem po argument dinozaurów, ale Somani obalił go z wdziękiem nawet większym niż ojciec naszego ministra edukacji – „To proste, nie zmieściły się do arki Noego, były za duże, dlatego wyginęły”.

Somani wielkim fanem swojego rządu nie był. Sudan jest jednym z najbardziej skorumpowanych krajów świata – aż ciężko w to uwierzyć biorąc pod uwagę niesamowitą wręcz uczciwość jego zwykłych mieszkańców. Ale wierchuszka to inna sprawa..

„Raz jeden minister pojechał do Hiszpanii kupić autobusy dla Chartum. Wziął pieniędzy których starczyłoby na zakup najnowocześniejszych modeli, ale wrócił z 30-letnimi wrakami, które rozleciały się po roku.”

Ale w zbrodnie wojenne Somani nie wierzy.

„W Sudanie nie ma niewolnictwa, bo Koran tego zakazuje. Kiedyś pokazywali w telewizji na Zachodzie reportaż o niewolnikach w południowym Sudanie, ale okazało się, że występowali w nim poprzebierani ludzie, a całość była sfałszowana”.

Na poruszony przeze mnie problem Darfuru też miał proste wytłumaczenie:

„To Amerykanie są winni. W Darfurze znaleziono uran, i Amerykanie chcą przejąć nad nim kontrolę. Dlatego podburzają ludzi, żeby Darfur się odłączył – wtedy łatwiej im będzie go kontrolować.”

Innego zdania o sytuacji tam był mój drugi współlokator, uchodźca z Darfuru. Rozmowa z nim była trudniejsza, gdyż nie znał angielskiego, ale być może przez to bardziej przejmująca. Jednego wieczoru, gdy Somani gdzieś wyszedł, zaczął snuć swoją opowieść.

„Darfur, walad (chłopiec), ragil (mężczyzna), bum-bum” – składał ręce udając strzelanie z karabinu.

„Bayt (dom)” – pochylał się nad ziemią udając gest podpalania czegoś zapałkami.

„Ante abyad (ty biały)” – tłumaczył pokazując moją skórę – „Arab queis (dobrzy), ana Africa, iswid (czarny) – Arab mish queis (niedobrzy)”.

Moim trzecim rozmówcą był John, Dinka z południa. Spotkałem go jednego wieczoru podczas picia kawy. Siedzieliśmy na ulicy, na miniaturowych taborek, z kolanami pod brodą, rozprawiając o różnych sprawach. Jego twarz była prawie idealnie czarna – Dinka to jedni z nielicznych faktycznie czarnych ludzi Afryki, większość ma skórę w kolorze brązowym, mniej czy bardziej ciemną – pooraną równoległymi bliznami – powstałymi w wyniku celowych nacięć. W pewnym momencie stwierdził:

„Wczoraj zobaczyłem po raz pierwszy w życiu moją siostrę. Ma siedemnaście lat.”

Zdziwiony, czekałem na wyjaśnienie. John przez chwilę siedział w milczeniu, po czym rozejrzał się wokół i rozpoczął opowieść:

„Gdy wybuchła druga wojna południa z północą, rządowi żołnierze nachodzili często nasze wioski, i porywali lub zabijali wszystkich chłopców – abyśmy nie przystąpili do rebeliantów. Dlatego gdy któregoś dnia żołnierze zaczęli zbliżać się do mojej wioski, musiałem uciekać. Zebrała się nas grupa kilkudziesięciu chłopców, byliśmy sami, bez opieki dorosłych. Nie mieliśmy nic, nawet ubrań – uciekaliśmy tak jak nas zastała wiadomość o zbliżającym się niebezpieczeństwie.

Zaczęliśmy się przedzierać do Etiopii, gdzie w tym czasie rządził przychylny nam rząd, i gdzie było wiele obozów dla uchodźców. Była to prawdziwa droga przez mękę – często przez wiele dni nie mieliśmy nawet wody, nie mówiąc już o jedzeniu. Musieliśmy się ukrywać – przed wojskami rządowymi ale i przed lokalnymi plemionami, przez których tereny przechodziliśmy. Nie wszystkie były nam przychylne, część współpracowała z rządem, a część po prostu miała nam za złe, że zużywamy ich i tak skąpe zapasy pożywienia.

Nasza droga do Etiopii trwała prawie rok. Wielu z nas nie dotarło do celu. W obozie w Gambelli żyłem przez jakiś czas, ale potem zmienił się klimat polityczny, straciliśmy poparcie rządu Etiopii, zaczęły się też konflikty z miejscowymi ludźmi. Musieliśmy znów ruszyć w trasę. Kolejny rok, wędrówka tak samo straszliwa jak poprzednia, i dotarłem do Kenii. Tam zostałem na dłużej, skończyłem szkołę, nauczyłem się angielskiego. Do Sudanu wróciłem niedawno, jak poprawiła się tu sytuacja. A wczoraj do Chartum przyjechała moja siostra, która urodziła się już po mojej ucieczce, chce tu skończyć szkołę – sytuacja na południu wciąż jest bardzo ciężka, brakuje podstawowej infrastruktury.”

Na tym John zakończył swoją opowieść. Widziałem, że nawet to co mi powiedział, wywołuje w nim bolesne wspomnienia, nie naciskałem więc na niego, by mówił więcej, choć na usta cisnęły mi się setki pytań.

16
gru
06

Sudan

Dawno się nie odzywałem, ale to nie dlatego że zarzuciłem pisanie bloga. Byłem przez ostatnie dni w Górach Nuba, długo niedostępnym rejonie rozsławionym niezwykłymi zdjęciami Reni Riefenstahl, i który powolutku się otwiera po zakończeniu tu wojny cztery lata temu. Jednak wciąż jest to rzadko odwiedzany i słabo rozwinięty rejon. Zdjęcia i relacja wkrótce, tymczasem trochę zaległego materiału.

 

Chartum

SUDAN

 

Zapewne przeciętny Polak ma wyobrażenie Sudanu ukształtowane przez „W pustyni i w puszczy”, lub nie ma go wcale. Ponieważ jednak sporo się od tamtych czasów zmieniło, a w dodatku Sienkiewicz nigdy tu nie był osobiście, spróbuję trochę przybliżyć ten kraj.

Mała Afryka

Nazywany jest czasem „małą Afryką”, jako iż można tu znaleźć wszystko – od północy pustynie, w środku sawanny a na południu lasy tropikalne. Także ludzie wykazują ogromną różnorodność – od odzianych od stóp do głów, przestrzegających surowych zasad islamu Arabów po chodzących nieraz nago Murzynów. Mówi się tu ponad stu językami!

Stolicą tego konglomeratu ras, plemion i religii jest Chartum. Miasto dość nowe – ma może ze sto lat, jednak ciężko nazwać je specjalnie nowoczesnym – przynajmniej nie wg europejskich standardów. Na ulicach panuje spory ruch – chociaż niewielki w porównaniu z Kairem, w dodatku kierowcy jakby bardziej przestrzegali przepisy drogowe.

Tak jak Sudan to miniatura Afryki, tak Chartum to miniatura Sudanu. Można tu spotkać ludzi ze wszystkich zakątków kraju – oprócz zamieszkujących okoliczne tereny Arabów jest sporo ludzi z dalszych rejonów – część przygnały tu względy ekonomiczne, część wojna.

Atmosfera

Ale wszyscy bez wyjątku są bardzo przyjaźni. Co krok stykam się z przejawami sympatii – to ktoś zapłaci za mój bilet w autobusie, to wyskoczy na bosaka z chłodnego biura na rozgrzany bruk by pokazać mi właściwą drogę, to spóźni się na zajęcia by pomóc mi załatwić sprawę w urzędzie.

W ogóle atmosfera jest zrelaksowana. Nawet muzułmanki ubierają się bardzo kolorowo, praktycznie nie widuje się tak charakterystycznych w Egipcie „kobiet ninja”, odsłaniających tylko oczy. Nikt też nie widzi problemu, by kobieta przy przywitaniu z mężczyzną podała mu dłoń – rzecz niespotykana w wielu innych krajach muzułmańskich.

Podróżowanie

Nie podróżuje się tu tak łatwo jak chociażby w Egipcie. O transporcie i biurokracji już pisałem. Jest drogo jak na Afrykę, drożej nawet niż w Polsce, nie mówiąc już o krajach Azji. Hotele na które mnie stać – lub często jedyne dostępne – to ponure miejsca. Śpi się w wieloosobowych salach, co oznacza wczesną pobudkę – Sudańczycy mają w zwyczaju wstawać przed wschodem słońca w celu odprawienia modłów i wykazują mało zrozumienia dla tych, co takiego zwyczaju nie mają.

Łazienki to odrębny temat, niektóre zajęły wysokie pozycje na liście najgorszych z jakich musiałem korzystać – a wierzcie mi, widywałem już różne naprawdę okropne.

Dziś śpię w nieco bardziej luksusowych warunkach. Mam nawet teoretycznie jednoosobowy pokój, który jednak dzielę z małą myszką – właśnie zjadła orzechy, które jej wysypałem. W łazience jest nawet w miarę czysto, i jest bieżąca woda – choć ogólnie atmosferą przypomina mi film „Dreszcze”, to i tak stanowi to miłą odmianę. Łazienka składa się z kilku kabin toaletowo-prysznicowych – co polega na tym że w podłodze jest ustęp-dziura (tzw. „małysz”), a nad tym zamontowany jest prysznic. Miałem tu małą przygodę – jak kucałem w skupieniu nad ustępem nagle z jakiegoś powodu z prysznica zaczęła lać się woda – przemaczając mnie kompletnie.

Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. I do kąpania się wiaderkiem mętnej wody z Nilu, i do wszechobecnego pyłu, i do jedzenia rękoma, i do wszystkich innych trudności podróżowania.

Czasem tylko się zastanawiam, czy już za mocno nie wniknąłem w tę lokalną rzeczywistość. Np. gdy niesamowite wrażenie robi na mnie wizyta w sklepie samoobsługowym. Że tak tu czysto, że taki duży wybór, na towarach, równo ułożonych na półkach a nie ustawionych w przytłaczające swoją wielkością stosy, są naklejone ceny. Taki luksusowy, światowy mi się ten sklep wydaje. A potem sobie przypominam że w Poznaniu każda „Żabka” tak wygląda.

 

PARANOJE WE DWOJE

Władza demokratyczna boi się swoich wyborców. Musi więc dbać o dobre notowania poprzez dobre rządzenie, lub chociaż odwracać uwagę opinii publicznej pobocznymi tematami.

Władza dyktatorska boi się spisku.

Każdy jest podejrzany. Swój, że może chcieć przejąć władzę, że działa w nielegalnej opozycji.

Obcy, że szpieguje na zlecenie obcego mocarstwa. Lub jest dziennikarzem, i będzie psuł opinię, wywlekał na wierch różne niewygodne fakty, drobnostki, ludobójstewka, zamiast pisać dobrze a najlepiej wcale.

Władze w Sudanie nie ufają do końca pojęciu turystyki, stąd stała kontrola poczynań cudzoziemców.

W każdym mieście czeka obowiązkowa wycieczka na komisariat policji w celu rejestracji pobytu. To najbardziej widoczna, oprócz konieczności pozyskania oficjalnego pozwolenia na podróż w większości rejonów kraju, oznaka. Ale czasem widać ślady nieco dyskretniejszej „opieki”.

Mike, jeden z poznanych przeze mnie na promie do Wadi Halfy cudzoziemców, trafił na komisariat na czterogodzinną „spowiedź” za robienie zdjęć na bazarze w Chartum – musiał, po arabsku, wytłumaczyć z powodów wykonania każdego swojego zdjęcia.

Jeden z moich sudańskich współlokatorów z hotelu w Chartum zdradził mi, że często po wizycie cudzoziemca właściciel hotelu jest przepytywany przez policję – może udało mu się coś zaobserwować, i wie coś więcej kto to był i co chciał.

Ale gdy Junko, Japonkę, zaczęli w ambasadzie wypytywać czy pozostałe dwie osoby, z którymi podróżuje nie chcą też wyrobić wizy – a poszła tam sama – aż nas ciarki przeszły.

Ta paranoja powoli udziela się i mnie. Gdy w trakcie rejestracji na komisariacie w El Obeid policjant zaczął mnie wypytywać, w jakich językach programuję, i czy mam może przy sobie laptopa, prawie spanikowałem. A okazało się, że po prostu interesuje się informatyką.

 

Nowe zdjęcia z Nubii i z Chartum pod adresem:

http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=36

26
paź
06

No i po ramadanie

Miało się zacząć jak w dobrym filmie Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. Specjalnie przyjechałem tu tak, by być w Egipcie w ostatnich dniach ramadanu, spodziewając się może nie tyle duchowych przeżyć, co przynajmniej estetycznych. A zastałem festiwal zakupów.

Jednak już sam Kair potrafi przyprawić o zawrót głowy. To ogromne, tętniące życiem miasto. Spodziewałem się, prawdę mówiąc, mało ciekawego, mocno turystycznego ośrodka, tymczasem prawie nie czuje się tu wpływu turystów – owszem, w okolicy Muzeum Egipskiego kręcą się sprzedawcy papirusów, na bazarze zagabują kupcy (ale zagabują także miejscowych) i czasem jakiś dzieciak wyskoczy z niczym nie umotywowaną prośbą o „jednego funta”, jednak w ogólności miasto jest bardzo autentyczne.

Być może z powodu zakończenia ramadanu (przekonam się o tym za kilka dni) panuje tu niesamowity chaos.

Rano ulice są stosunkowo puste, natężenie ruchu zwiększa się w ciągu dnia, by osiągnąć apogeum około północy. Wtedy to co dzieje się można określić mianem istnego szaleństwa. Ulicami przewalają się ogromne ilości samochodów (tak, tutaj jest to z pewnością rzeczownik niepoliczalny), pomiędzy którymi lawirują tłumy pieszych, za nic mający sobie próbujących kierować całym tym bałaganem policjantów. Dla zmylenia świeżo przybyłych turystów ktoś zamontował światła uliczne, na które wkrótce i ja przestałem patrzeć, jako że nie da się dostrzec żadnego związku między kolorem światła dla pieszych a liczbą samochodów przejeżdżających w danej chwili przez przejście.

Zapuszczając się w boczne uliczki w okolicach cytadeli natrafiłem na małą imprezkę uliczną. Grała muzyka z magnetofonu, zostałem wciągnięty do uczestnictwa w tańcach. Tańczyła cała ulica, w środku kręgu mężczyźni, z brzegu kobiety i dzieci.

W ostatni dzień ramadanu zostałem zaproszony do wspólnej biesiady przez ludzi na ulicy.

Jest dobrze.

 

Na stronie: http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=34 kolejna porcja zdjęć.