W opowieściach z podróży chronologia nie ma żadnego znaczenia. Podróż nie ma fabuły, nie ma zawiązania akcji, różnych splatających się wątków, rozwiązania. Podróż to zbiór zdarzeń, niezależnych historii i sytuacji, które dzieją się w określonej kolejności tylko z konieczności, a jedynym spoiwem jest osoba podróżnika.
Dlatego też postanowiłem nie trzymać się chronologii na moim blogu. Nie będę też opisywał szczegółowo wszystkiego co się dzieje, bo kogóż tak naprawdę obchodzi czy pociągiem z Kairu do Asuanu jechałem w poniedziałek czy w piątek?
Chcę też uniknąć generalizowania. Zbyt łatwo jest, zwłaszcza po krótkim pobycie w danym kraju, wydawać podsumowujące kraj czy jego mieszkańców, często bardzo negatywnie, opinie. Niektórym może podobać się takie „pisanie co się myśli”, jednak mi się wydaje to zbyt krzywdzące, zbyt powierzchowne – zwłaszcza ze strony osób, które stykały się głównie z tubylcami zaangażowanymi w taki czy owali sposób w biznes jakim jest turystyka.
Dlatego nie napiszę jaki jest Egipt czy Egipcjanie. Bo byłem tu zbyt krótko, zetknąłem się nawet nie z procentem wszystkich Egipcjan. Skupię się raczej na jednostkowych historiach, subiektywnie dobranych i bez pretensji do stworzenia obrazu kraju jako takiego.
Pięć minut
W moim pokoju nie było światła. Kiedy go brałem za dnia, nie rzuciło mi się to w oczy, ale wieczorem stanowiło pewien problem. Z sufitu zwisał smętnie kabel, na którym zapewne ktoś kiedyś miał w planach powiesić lampę, lub przynajmniej żarówkę, ale zaniechał tej czynności. Nad łóżkiem zaś ulokowana była rokująca pewne nadzieje mała lampka w czarnej osłonce – bez żarówki.
Póki co jedyne światło dostępne dochodziło z małego przedpokoju – coś się dało widzieć, ale nie zapewniało komfortu świetlnego.
Poszedłem na dół do recepcji poprosić o żarówkę.
„Pięć minut” – usłyszałem w odpowiedzi.
Gdy pół godziny później wychodziłem do miasta po coś do jedzenia, i ponowiłem prośbę, usłyszałem znów „Pięć minut”.
Gdy przypomniałem się jakieś pół godziny później, i usłyszałem znów „Pięć minut”, zaproponowałem chłopakowi z recepcji, żeby od razu powiedział mi że za godzinę ktoś się mną zajmie, będzie mi tak wygodniej.
„Ależ nie ma potrzeby, na serio za pięć minut ktoś przyjdzie”
Faktycznie po kilkunastu minutach się zjawił. Ten sam z którym rozmawiałem na dole. Bez żarówki, ale przynajmniej obejrzał sytuację na placu boju.
„Pięć minut” rzucił na odchodnym.
Ku mojemu zdziwieniu faktycznie wkrótce się pojawił, niosąc żarówkę. Niestety okazało się, że nie da się jej wkręcić – lampka miała wyrobiony gwint.
„Pięć minut i przyjdzie ktoś to naprawić”.
Czekałem, czekałem, a w końcu poszedłem spać.
Bazar w Asuanie
Chodzenie po bazarze w Asuanie przypomina nieco grę komputerową. Idzie się przeciskając przez tłum ludzi, a mijane kolejno postaci niczym automaty wypowiadają swoją kwestię:
„Cheap price”
„No hassle here”
„Only one bound, why don’t you want to buy”
„Hello, how are you, come ask for price”
„Spices, very good spices”
Zaskakująco często jednak byłem witany słowami:
„Dzień dobry”
„Dobra cena”
„Hej Bolanda!”
Aż po powrocie do hotelu przejrzałem się w lustrze, by sprawdzić czy mi ktoś nie przykleił polskiej flagi na czoło. Skąd oni to wiedzą? Przecież szedłem sam, z nikim nie rozmawiałem, nie miałem na sobie nic, co by mogło zdradzać moje pochodzenie.
Wreszcie któregoś razu nie wytrzymałem, i spytałem:
„Skąd wiesz że jestem z Polski?”
Sprzedawca roześmiał się:
„Wiesz, pracuję w tym biznesie już pięć lat, takie rzeczy się wyczuwa. Patrzę na ciebie jak idziesz i mówię sobie: on jest z Polski. Ale usiądź, pogadajmy”.
Ucięliśmy sobie pogawędkę. Ucieszył się że jestem programistą, bo on też studiuje „systemy komputerowe” (choć jak się później dowiedziałem raczej miał na myśli podstawową obsługę komputera). Jego mama jest Kanadyjką, jego ojciec Egipcjaninem, ma żonę Egipcjankę. Czyli dziecko wakacyjnej miłości.
Jako że było już późno, Ahmed zamknął stragan, i poszliśmy na sziszę i herbatę.
„Byłem kilka razy w Kanadzie, ale wolę mieszkać tutaj. Ludzie są bardziej otwarci, i jest ciepło. No i studiowanie tu jest łatwiejsze”.
Nie mógł się nadziwić, że chcę z własnej woli jechać do Sudanu, ale chyba zaakceptował moje tłumaczenie. Potrafił zrozumieć, że dla mnie wakacje w Stanach czy Kanadzie, z ich swobodą, nocnymi klubami nie są aż tak atrakcyjne jak dla niego.
Dobrze nam się rozmawiało. Okazuje się, że nawet ci natrętni sprzedawcy bazarowi potrafią być prywatnie bardzo sympatycznymi ludźmi.
Dodałem kilka nowych zdjęć z Kairu:
http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=34
i z Białej i Czarnej Pustyni:



