10
sty
09

Swieta w Mizoram

Kiedy patrzy sie na Aizawl, stolice stanu Mizoram w Indiach, z oddali, ciezko uwierzyc, ze takie miasto jest w ogole mozliwe. Kiedy przyjrzec sie mu z bliska, wrazenie sie tylko poteguje.

Zbudowane jest na szczytach wzgorz tak stromych, ze skonfrontowane, nasze Tatry szybko stracilyby swoja dumna wynioslosc, a Gorale, ktorzy zbudowali Zakopane u ich stop, zawstydzeni uznaliby sie za Ceprow. Bo dopiero Mizo to prawdziwi ludzie gor, doliny zostawiajac dla malarycznych komarow i dzikich zwierzat, sami od wiekow konstruowali swoje osady tak wysoko, jak to tylko mozliwe.

Wiec kiedy przyszlo im zbudowac nowoczesne miasto, zrobili w jedyny sposob jaki znali. W efekcie skrzyzowania w Aizawl sa niemal pionowe, jazda ulicami miasta przypomina przejazdzke kolejka gorska, a do mieszkan wchodzi sie na ostatnim pietrze, i schodzi w dol niczym do piwnic, jednak nawet na samym dole sa okna.

Mizoram to nie Indie. Oczywiscie, w geograficznym sensie to jeden ze stanow tego kraju, ale kulturowo i etnicznie nie ma on zbyt wiele wspolnego z Rajasthanem czy Assamem. Mieszkancy przypominaja z wygladu swoich sasiadow z Birmy czy Tybetu, i niemal w 100% wyznaja chrzescijanstwo. Nie ogladaja filmow bollywoodzkich, nie sluchaja hinduskiej muzyki, jadaja ze smakiem wolowine, wieprzowine, a mlodziez w ubiorze i fryzurze nasladuje raczej styl podpatrzony w koreanskiej telewizji. No i najwazniejsze, nikogo tu nie obchodzi krykiet. Liczy sie tylko football.

Trafilem tu 23 grudnia, prosto w wir swiatecznych przygotowan. Ulicami przewalaly sie tlumy ludzi, robiacych ostatnie zakupy. Z glosnikow saczyla sie “christmasowa” muzyka, stragany udekorowano gwiazdkami i kiczowatymi podobiznami sw. Mikolaja.  Na jednym z placykow nawet sprzedawali choinki, a przynajmniej jakies drzewka do nich podobne. Dyskretnie urwalem sobie galazke do udekorowania mojej klitki w hotelu “Imperial”.

Mimo dumnie brzmiacej nazwy, hotel byl obskurny jak rzadko.  Moj pokoj z trudem miescil lozko, kreslo, malutki stolik i moj plecak. Na stole lezala Biblia,  zas sciany dekorowaly nasmarowane dlugopisem wulgarne obrazki.

W Mizoramie oficjanie  obowiazuje prohibicja, nie ma wiec barow. Wszystkie kafejki internetowe okupowane byly przez dzieciaki, mordujace sie wzajemnie w ktorejs z  kolejnych mutacji “Quake’a”, w poszukiwaniu jakiejkolwiek rozrywki zatem udalem sie do jedynego w miescie centrum handlowego, jednak dzikie tlumy w srodku szybko wyploszyl mnie na zewnatrz. Tu natychmiast namierzyla mnie grupka licealistow.

“Mister, mozemy sobie zrobic z toba zdjecie?” – spytali.

Po sesji zdjeciowej – musialem pozowac zarowno do zdjec grupowych, jak i do calej serii indywidualnych – jeden z chlopakow spytal mnie:

“A wlasciwie to co tu robisz?”

“Jestem turysta” – odparlem.

“Terrorysta?” – oczy chlopaka zrobily sie okragle niczym spodki filizanek, i wyraznie pobladl, szybko jednak wyjasnilem im roznice.

W drodze powrotnej zaczepil mnie jakis facet, tym razem z pytaniem o to, skad jestem.

“Z Polski” – odpowiedzialem grzecnie.

“Polska? Polska.. A, juz wiem! To w Ameryce Poludniowej!” – wykrzyknal triumfalnie.

“Nie, nie, zupelnie nie. W Eu..” – zaczalem wyjasniac, ale nie dal mi dokonczyc.

“No tak, masz oczywiscie racje. Pomylilem sie, ale teraz juz wiem gdzie. Bardzo blisko Australii” – oswiadczyl tonem nie znoszacym sprzeciwu, wiec tylko przytaknalem:

“Tak, tak.. rzut beretem doslownie”.

Na Wigilie udalem sie do Ronalda, znajomego Shiry i Avidana (o nich przy innej okazji).

Bylem bardzo ciekaw, jak wyglada wieczerza wigilijna w Mizoram. Jakie sa tradycje, jakie sie je potrawy…

Ku mojemu glebokiemu rozczarowaniu, okazalo sie, ze zadne. Wiekszosc Mizo to protestanci, i wigilii jakos specjalnie nie obchodza , a ze tu sie zwykle je wieczorny posilek miedzy 16 a 18, kiedy przybylem, wszyscy byli juz po obiedzie.

Za to zalapalem sie na nabozenstwo. Z poczatku zapowiadalo sie nawet niezle, grali na bebnach i spiewali, i bylo calkiem klimatycznie, ale przestali po 3 minutach. Na mownice wyszedl pastor, i rozpoczal kazanie w jezyku mizo. I mowil przez bita godzine. Nawet miejscowi momentami wymiekali. Coz, jesli komus msze w Polsce wydaja sie nudne, zapraszam do Mizoramu.

 Poznym wieczorem Salvation Army organizowala koncert swiateczny, na ktory postanowilem wybrac sie z Ronaldem i jego przyjaciolmi.

Przed ogromnym kosciolem zmontowano scene, przed ktora klebil sie tlum, w wiekszosci mlodych i mniej czy bardziej wstawionych, ludzi. Wiekszosc wygladala jak z teledyskow “Tokyo hotel” – kosmyki czarnych wlosow opadaly im na oczy, a ubrania nie pozwalaly jednoznacznie okreslic plci wlasciciela. Nad glowami widzow fruwaly baloniki z kondomow.

Na scenie jakas kobieta wykrzykiwala cos entuzjastycznie do mikrofonu.

‘”Co ona mowi? ” – spytalem Ronalda.

“Zebysmy przygotowali sie na przyjscie Chrystusa”.

W koncu rozpoczal sie koncert. Na scene wyszla mloda dziewczyna i zaczela spiewac. Mimo iz za jej plecami stala perkusja, muzyka leciala z tasmy. Spiew byl chyba na zywo, ale glowy bym nie dal. Tak czy siak, publicznosc dobrze sie bawila.

Potem nastapila przerwa na kolejne kazanie – Mizo najwyrazniej uwielbiaja publiczne przemowy. Potem znow byla piosenka, i znow kazanie… az w koncu wybila polnoc.

Zwierzeta nie przemowily ludzkim glosem, koncert sie skonczyl, a ja udalem sie na spoczynek, oficjalnie konczac obchodzy Wigilii 2008.

Wszystkim czytelnikom zycze zdrowia i powodzenia w Nowym Roku 2009, i spelnienia marzen.


6 Odpowiedzi do “Swieta w Mizoram”


  1. 1 mp
    styczeń 10, 2009 o 12:39 pm

    wicked relacje! licze na wiecej wypocin!!! pozdr!!!!!

  2. 2 MiszaK
    styczeń 14, 2009 o 11:37 am

    Relacja rewelacyjna – niesamowity klimat! Scenka “turysta-terrorysta” bawi nawet po raz któryś :) Wszystkiego dobrego w Nowym Roku – dopiętych budżetów, udanych “wakacji od wyjazdów” i dalszych ciekawych wyzwań w późniejszych miesiącach!

  3. 3 pokryfka
    styczeń 14, 2009 o 3:35 pm

    bardzo solidny wpis – wziales tym razem notebooka czy przepisujesz w kafejce?
    wlasnie sprawdzilem, gdzie jest Mizoram, strzelalem, ze gdzies za Bangladeszem – udalo sie! ;-)

  4. 4 Kasia
    styczeń 21, 2009 o 6:12 pm

    Antek-”terrorysta”z państwa położonego blisko Australii-ale mix śmieszny. Swietna relacja, czytałam tojak kartke wyrwana z dłuższej ksiązki-takie mam skojarzenie,az chce sie czytac dalej… Korzystając z okazji życze Ci również dużo zdrowia, spełnienia w zyciu i czego sam sobie zyczysz,o czym marzysz :-) Mam nadzieje, ze wpadniesz kiedys równiez do Polski w tarkcie swoich wojazy;-) Pozdrawiam

  5. styczeń 26, 2009 o 11:33 am

    Wspanialy blog! Stale planuje i podrozuje palcem po mapie. Chce powiedziec, ze Panska strona inspiruje mnie do odwazniejszego planowania wakacyjnych przygod! Pragne zalinkowac Pana strone na moim blogu, aby regularnie moc tu wracac.
    Z Amsterdamu, z pozdrowieniami,
    Katarzyna

  6. luty 22, 2009 o 10:49 pm

    Muszę to zobaczyć….


Dodaj komentarz