Cóż, już od dawna mój blog nie jest blogiem pisanym „na żywo”, co najwyżej „na żywiej” niż gdybym wszystko opisał po powrocie do domu, zatem niech nikogo nie zdziwi, że pojawia się teraz, po niemal trzech miesiącach mojego pobytu w tym kraju, relacja z pierwszych chwil pobytu w Etiopii
. Przyznam się, że mam nadzieję, że te teksty będzie miał ktoś ochotę czytać nawet jak już dawno będę „wrócony” do normalnego, codziennego życia, a wtedy takie przesunięcie w czasie relacji i tak nie będzie miało najmniejszego znaczenia. W każdym razie ostatecznie kończę temat Sudanu i rozpoczynam Etiopię. Dziś znów tylko tekst, ale obiecuję – następny wpis to będą prawie same zdjęcia – z gór Simen.
Granica między Sudanem a Etiopią w Metemie nie jest zbyt imponująca. Po stronie sudańskiej jest nawet kilka nowych, murowanych budynków – wybudowanych w związku z podpisaniem między obu krajami porozumienia o wykorzystaniu przez Etiopię portu morskiego w Sudanie. Ostatnie formalności, kontrola paszportowa, celna, i mogę przekroczyć mały mostek nad wyschniętą rzeczką, stanowiącą granicę. A więc jestem w Etiopii. Rozglądam się w poszukiwaniu budynków etiopskiej odprawy – w końcu ktoś pokazuje mi glinianą chatkę na poboczu.
- Musisz iść wpierw tu, tu ci sprawdzą paszport i wizę – tłumaczy.
W środku dwóch znudzonych urzędników, stół, jakieś wyblakłe plakaty na ścianach i właściwie nic więcej. Oglądają mój paszport, wizę, wbijają pieczątkę, życzą miłego pobytu w Etiopii i mogę iść dalej.
- Teraz odprawa celna, tutaj – zostaję skierowany w stronę podobnie niepozornego budyneczku kawałek od drogi, ale nawet nie muszę wchodzić do środka, bo celnik siedzi na dworze, oparty o drzewo. Każe mi otworzyć plecak, wyciąga ze dwa przedmioty z wierzchu, ogląda, po czym każe iść dalej. Zastanawiam się, co by się stało gdybym w ogóle tu nie podszedł, pewnie nawet by mnie nie zauważył, albo by mu się nie chciało za mną ganiać.
Człowiek który mi pokazywał te budyneczki trudni się też wymianą pieniędzy. Kurs jaki mi oferuje nie jest rewelacyjny, wymieniam więc tylko pozostałe sudańskie dinary, by mieć za co dotrzeć do Gonder.
Znajduję hotel. Za niewiele ponad 3 dolary mam prywatny pokój, łóżko z pościelą, moskitierę, gniazdko elektryczne i dostęp do wspólnej łazienki z prysznicem z bieżącą wodą. Wprawdzie wg jakichkolwiek międzynarodowych standardów trudno byłoby uznać ten hotel za coś więcej niż niezłą dziurę, ale po miesiącu w Sudanie ciężko mi uwierzyć, że można mieć takie luksusy za tak nieduże pieniądze. Cóż, jak się później przekonałem, spędziwszy trochę czasu w Etiopii, nieźle ze mnie zdarli
.
Idę się przejść. Metema to typowa wieś ulicówka. Ludzie są zupełnie inni niż w Sudanie, inne ubiory, twarze. Czytając różne relacje z Etiopii spodziewałem się nieustannego ataku wszelkiej maści żebraków, naciągaczy i innych, ale prócz okazjonalnych okrzyków „faranji” (cudzoziemiec) czy „you you” nic takiego nie nastąpiło. Może tu trafia mało turystów – myślę, spodziewając się najgorszego nazajutrz, gdy dotrę do Gonder.
W hotelu obiad – injeerę, narodowe danie zostawiam sobie na następny raz, zadowalając się spaghetti. Całkiem niezłe, zwłaszcza że to moje pierwsze europejskie jedzenie od miesiąca. No i przede wszystkim nie odmawiam sobie przyjemności wypicia piwa!
Ucinam sobie pogawędkę z siedzącym przy stoliku obok Etiopczykiem, który wcześniej pomógł mi zamówić posiłek. Myślę sobie, że muszę mieć niebywałe szczęście – w Internecie czytywałem relacje ludzi, którzy przez kilka tygodni pobytu nie spotkali nikogo, kto by z nimi bezinteresownie porozmawiał, a ja w tej Etiopii jestem niecałe dwie godziny i już mi się takie niezwykłe szczęście trafiło. Oby tylko nie okazało się, że wykorzystałem od razu przysługujący mi limit życzliwych osób.
Długo nie siedzę – muszę następnego dnia wstać przed świtem, bo autobusy w Etiopii mają niemiłą cechę ruszania o szóstej rano. Bilet mam już kupiony, ale jak mi radzą w hotelu, lepiej bym przyszedł o 5:45, wtedy sobie spokojnie zajmę dobre miejsce. Autobus ruszy może o 6:30, może później.
Jak radzą tak czynię – o wspomnianej godzinie stawiam się przy autobusie, oczyma wyobraźni widząc siebie zajmującego najlepsze miejsce w pustym pojeździe. A tu zaskoczenie – wszystkie miejsca są już zajęte, ktoś się jednak lituje nade mną i jakimś cudem znajduje się i dla mnie. Ale wygodnie nie jest.
Ruszamy prawie natychmiast. Jak dobrze, że chciałem zająć lepsze miejsce, bo ktoś inny zapewniał mnie, że jak przyjdę po szóstej to w zupełności wystarczy…
Początkowo jedziemy przez równinny las, co jakiś czas mijając małe wioski i miasteczka, wkrótce jednak droga zaczyna się wznosić – wjeżdżamy na Wyżynę Abisyńską, mamy do pokonania ponad 1500 metrów wysokości. Krajobraz za oknem – wysokie góry, przepaści, strzeliste skały – przypomina mi czytaną niegdyś książkę Wilbura Smitha, której akcja przez jakiś czas działa się w starożytnej Abisyni. Opisywał właśnie te niezwykłe góry, warownie umieszczone na ich szczytach, wojownicze klany w nich mieszkające. Zamków nigdzie nie mogłem dostrzec, ale bez trudu je sobie wyobrażałem, prawie oczekując, że za którymś z kolejnych zakrętów wreszcie jakiś się pojawi.
Po kilku godzinach docieramy do Gonder. Mile zaskakuje mnie to miasteczko – może to tak po Sudanie, ale wydaje mi się prawie europejskie w charakterze, z chodnikami, wyasfaltowanymi ulicami, barami. Otoczone wzgórzami, nie byłoby zupełnie nie na miejscu gdzieś w naszych Sudetach.
Praktycznie pierwszą osobą, którą napotykam po wyjściu z autobusu jest Frank, Niemiec którego poznałem jeszcze na promie do Sudanu. Jedzie rowerem z Zagłębia Ruhry pod Kilimandżaro. Witamy się serdecznie, po czym pytam:
– Co robisz?
– Nic – odpowiada.
Jeśli miałbym wskazać jakąś zasadniczą różnicę między podróżnikami długo i krótkoterminowymi, to byłby nią właśnie ten luz, na jaki sobie mogą pozwolić ci podróżujący przez dłuższy okres czasu. Przyjeżdżasz do miasteczka i nie rzucasz się od razu w wir zwiedzania, tylko leniwie sączysz piwo w którymś z lokalnych barów, przechadzasz się bez celu ulicami, pogadasz z kimś, posiedzisz i pokontemplujesz widoki. Czasem nawet zdarza się, że będąc w danym miejscu kilka dni, nie zwiedzisz tych wszystkich zabytków, które zaliczą przebywający tu przez jeden dzień turyści krótkoterminowi.
W każdym razie postanawiam przyłączyć się do frankowego nic-nierobienia, i razem idziemy nic nie robić w jednym z tutejszych pubów, rozkoszując się zimnym piwem w cenie odpowiadającej pięćdziesięciu groszom polskim za kufel.
I tak przyjemnie, choć leniwie, mijają mi pierwsze chwile w Etiopii. Nie jest źle!



Super Etiopia
Napisze to w dokładnej wymowie “Amasakenadlo”. Żebyś nie pytał kogoś tam i w razie złej wymowy nie zaznał nieprzyjemności wyjaśniam że to znaczy “bardzo dziękuję panu”. Tak przynajmniej mnie nauczono.
Pozdrawiam i czekam na zdjęcia.
Jestem bardzo ciekawa obecanych zdjęć .
Tez niezwykle chetnie obejrze zdjecia. A propos “przesunięcia czasowego” wpisow nie widze absolutnie zadnego problemu. Akcja toczy sie w chwili czytania, czy to bedzie teraz, czy za miesiac nie ma znaczenia.
pozdrawiam
Dzięki za poradę, na szczęście przez te trzy miesiące udało mi się tak podstawowego słowna nauczyć
Ja bym powiedział raczej że wymawia się “amasekgynaleh” – przynajmniej w moim odczuciu.
Na pierwsze zdjęcia zapraszam już w piątek.