Archiwum dla marzec, 2007

30
mar
07

Dusigrosze na wakacjach, czyli rzecz o budżetowym podróżowaniu

W przekonaniu wielu osób podróże, zwłaszcza egzotyczne, są niesamowicie drogie, i trzeba być niezmiernie bogatym człowiekiem, by sobie na nie pozwolić. Gdy w pracy oznajmiłem swój zamiar wyjechania na tak długi czas do Afryki, dostrzegłem pewną podejrzliwość w oczach moich współpracowników – zapewne przez ich głowy przebiegła myśl: „Ile on do cholery zarabia? Muszę iść do szefa po podwyżkę”.

Łatwo to zrozumieć, gdy przejrzy się katalogi biur podróży – nawet kilkutygodniowa wycieczka w po egzotycznym kraju kosztuje niesamowitą forsę. Tymczasem gdy pojedzie się na własną rękę, jeździ lokalnym transportem, śpi w małych hotelikach przeznaczonych głównie dla miejscowych i je w przydrożnych jadłodajniach, można taki wyjazd zorganizować za relatywnie niewielkie pieniądze, ułamek kwoty jaką by kosztował zorganizowany wyjazd.

Tak zawsze jeździłem, jeszcze za czasów studenckich, tak odbywa się moja obecna wyprawa. Nieraz warunki są ciężkie, hotele często są mało komfortowe, o transporcie już nieraz pisałem. Ale te wszystkie mankamenty stają się nieistotne w zderzeniu z faktem, że tu jestem, że widzę to wszystko co widzę, przeżywam te wszystkie przygody.

Wiele osób jeździ w ten sposób – jest to całe środowisko „plecakowców”, którzy nie czekając aż się dorobią na stare lata, ze stosunkowo niedużą kasą w kieszeni, nie zważając na niewygody, ruszają w drogę. I to jest super pozytywne zjawisko.

Ale droga plecakowca nie jest wolna od pułapek. Szalenie łatwo przegiąć, stracić z oczu właściwy cel tej zabawy, jakim jest możliwość dotarcia do danego miejsca, przeżycia przygody, poznanie ciekawych ludzi, fajne spędzenie czasu – przy ograniczonych środkach, a skupić się na celu zupełnie nieistotnym i w gruncie rzeczy nieracjonalnym – wydaniu jak najmniejszej ilości pieniędzy. Za wszelką cenę.

Nieracjonalnym, bo przecież najłatwiej go osiągnąć w ogóle nie wyjeżdżając. A tu ten nasz plecakowiec wyjeżdża, i zaczyna się tak zachowywać, jakby chciał zminimalizować skutki swojej pochopnej decyzji. Dotyka go swoista choroba, nazwijmy ją roboczo „syndromem chorobliwej oszczędności” lub w skrócie SChO. Dla ułatwienia dalszych rozważań plecakowca nią dotkniętego będę nazywał „chorobliwie oszczędnym plecakowcem” – lub ChOP.

Opiszę więc, ku przestrodze, pokrótce różne symptomy tej straszliwej choroby.

Pierwszym stadium SChO jest wybieranie zawsze najtańszej opcji – niezależnie od tego jak podły jest, ile w pokoju gnieździ się pluskiew, karaluchów, szczurów i innego paskudztwa, jak bardzo niedobrze się robi po wejściu do ubikacji, ChOP zawsze wybierze najtańszy hotel w mieście. Nawet jeśli drzwi w drzwi sąsiaduje z nim przytulny, czyściutki pensjonacik, jeśli jest droższy choć o dolara – odpada z marszu. Czynnikiem pozwalającym ocenić, czy mamy już do czynienia z SChO czy ze zwykłą praktyką budżetowego podróżowania (niestety rzadko plecakowców stać na najlepsze hotele, a często stać tylko na naprawdę kiepskie) – jest niezwracanie uwagi na bezwzględną cenę – jeśli liczy się tylko fakt bycia najtańszym hotelem, a nie to, czy jego cena mieści się w jakimś założonym budżecie – to jest to sygnał alarmowy.

Podobna sytuacja dotyczy jedzenia – jeśli ktoś je na ulicznym stoisku bo mu tam jedzenie smakuje, to wszystko w porządku. Ale jeśli ktoś przez cały wyjazd żywi się falafelami, których nie znosi (ew. których ma dość) a nie pójdzie do nieco droższej, ale wciąż taniej knajpki na doskonały obiad, to już ma powód do namysłu.

Warunkiem koniecznym, by uznać dane zachowanie za skutek SChO jest to, że wybrana opcja wcale ChOP-owi nie sprawia przyjemności, a lepsza – ale droższa – alternatywa istnieje i mieści się w zasięgu jego możliwości finansowych.

Drugim stadium SChO jest negacja. W celu zaoszczędzenia pieniędzy ChOP rezygnuje z różnych rzeczy. Przyjedzie do Agry ale Taj Mahal obejrzy przez płot. Nie pójdzie na piwo wieczorem, mimo iż jest szalenie gorąco i przydałoby się przepłukać gardło. Nie przejedzie się na słoniu bo za drogo. Znów charakterystycznym jest fakt, że na to wszystko obiektywnie ChOP ma pieniądze i ochotę, zwycięża po prostu chęć zaoszczędzenia.

Trzecim, już poważnym stadium, jest agresja i egzaltacja. Oszczędzanie zaprząta głowę ChOP-a w tym stopniu, że ciężko jest mu myśleć o czymkolwiek innym. Robi się agresywny – każdy tubylec w jego oczach staje się potencjalnym naciągaczem i oszustem, zawarcie każdej transakcji – wynajęcie pokoju w hotelu czy taksówki – walką o uzyskanie korzystnej ceny, grą o sumie zerowej, w której musi być wygrany i przegrany, każdy żebrak – niezależnie w jak nędznej sytuacji – zamachowcem na jego pieniądze. ChOP w tej fazie z pogardą patrzy na innych turystów, frajerów, którzy zapłacili za coś więcej niż on. W każdych negocjacjach minimum, o które walczy, jest cena dla miejscowych, ale satysfakcję przynosi dopiero cena niższa. W tej fazie choroby ChOP nie powstrzyma się od stosowania brudnych sztuczek – wślizgnie się do muzeum bez biletu, posłuży się sfałszowaną legitymacją studencką w pociągu, rzuci taksówkarzowi mniejszą kwotę niż umówiona i oddali się szybkim krokiem czy w skrajnym przypadku umknie cichcem z hotelu bez zapłacenia. Oczywiście zawsze znajdzie sobie wytłumaczenie – rząd jest drański, bilet za drogi, taksiarz żądał za dużo, hotel nie był wart swojej ceny.

Jeśli ChOP pisze relację ze swojego wyjazdu w Internecie, łatwo rozpoznać trawiącą go chorobę. Większość bloga zajmuje bowiem opis toczonych przez ChOP-a bojów – udanych i nieudanych negocjacji, prób oszustwa z jednej i z drugiej strony, wypisy wszystkich możliwych cen. Jeśli za coś ChOP zmuszony został zapłacić (przynajmniej w jego mniemaniu) niesprawiedliwą cenę, nawet jeśli chodziło o przepłacenie 20 groszy za herbatę, lament z tego tytułu zajmie przynajmniej pół strony.

SChO to straszna choroba. W zaawansowanym stadium może całkowicie zabić przyjemność z podróży, uniemożliwia spojrzenie na otaczającą rzeczywistość przez jakikolwiek inny pryzmat niż wydawanych pieniędzy.

Strzeżcie się więc bracia i siostry plecakowcy, nie dajcie się jej złapać! Bo szalenie łatwo wpaść w jej sidła. I jest okrutnie zaraźliwa!!

26
mar
07

Ludzie Gór Simen

Dzisiaj bez większego komentarza, porcja portretów ludzi z Gór Simen

22
mar
07

Park Narodowy Gór Simen

Park Narodowy Gór Simen jest dość nietypowy, bo prócz zwierząt, zamieszkują go ludzie. Dzięki temu całość nabiera niesamowitego uroku, wioseczki są często bardzo malowniczo położone na zboczach, i ma się poczucie, że te góry żyją. Jednak warunki w jakich żyją ci ludzie, są straszne. Raczej nikomu w Etiopii się nie przelewa, ale zdecydowanie łatwiej się żyje, nie mając nic, w łagodnym klimacie panującym na niżej położonych terenach, niż wysoko w górach, gdzie temperatura co noc spada poniżej zera. Uprawa pól też jest trudna, ciężko tu o prosty kawałek terenu. Nie wolno ścinać drzew, są chronione przez park, jedyny wyjątek zrobiono dla sztucznie sadzonych eukaliptusów. Chaty są robione z gałęzi, pełno w nich dziur, przez które wchodzi przenikliwy ziąb. By pozyskać trochę ciepła, łóżka zbudowane są nad legowiskami zwierząt – służą one za swojego rodzaju piec. Ale i przyciągają roje much. Brakuje nawet ubrań – odwiedzający park turyści marzną w kilku warstwach polara i grubych śpiworach, a miejscowym dzieciakom za jedyne okrycie służy cienki kocyk, którym się owijają, by ogrzać ciałka odziane jedynie w podarte koszulki i spodenki. A jednocześnie przez park przepływa rzeka pieniędzy – turyści. Jednak miejscowi praktycznie nie mają szansy z niej skorzystać. Przewodniki oraz biuro parku informują, że w górach niczego się nie da dostać, turyści przychodzą więc samowystarczalni. Z namiotami i jedzeniem. Miejscowi próbują sprzedać im jajka, kurczaki, kawę, ale zazwyczaj turyści są na tyle obficie wyposażeni, że nie potrzebują niczego. Nikt też nie nocuje w wioskach – po co, skoro każdy ma swój namiot, poza tym nocleg w której z tutejszych chat to zabawa dla prawdziwych twardzieli. Jednocześnie wielu turystów zapewne wolałoby, zamiast organizować prawdziwą ekspedycję, przenocować w wioskowym hoteliku i zjeść obiad w lokalnej knajpce. Z turystyki żyją wszystkie wioski na trasie trekkingów w Nepalu, z obopólną korzyścią – turyści mają zapewniony minimalny komfort, a miejscowi znakomite źródło utrzymania. Czemu więc tak nie jest tutaj? Tak niewielkimi środkami, np. w postaci mikrokredytów, można by poprawić byt żyjących tu ludzi.

Wioseczki dodają parkowi niesamowitego uroku

Park Narodowy Gór Simen jest domem dla wielu unikalnych gatunków zwierząt i roślin. Niektóre z nich nie występują nigdzie indziej. Cały obszar został wpisany na listę UNESCO w 1979 roku.

Jednak dziś park i jego dzicy mieszkańcy są poważnie zagrożeni. Nie przez rosnącą turystykę, ale przez mieszkających tu ludzi.

Od 1970 roku ich liczba wzrosła od 600 osób do 12000, dwudziestokrotnie! Niewielki obszar parku nie jest w stanie pomieścić zarówno dzikich zwierząt i roślin, jak i ludzi, ich pól i zwierząt hodowlanych. Widuje się pasące się na jednej łące bydło i pawiany Gelada, jednak coraz częściej bydło wygrywa. Wycinane są rzadkie rośliny i drzewa, by zrobić miejsce dla pól uprawnych i szybko rosnących eukaliptusów. Pozbawione lasów zbocza podlegają szybkiej erozji.

Coraz częstszy widok – pasące się razem bydło i dzikie zwierzęta

Trzeba szybko coś zrobić, by uratować park. Rząd rozważa przesiedlenie ludzi, jednak nie jest to proste zadanie. To bardzo kosztowna operacja, w dodatku z pewnością wzbudzi protesty. No i trzeba mieć dokąd ich przesiedlić – a w Etiopii mało dobrej ziemi leży odłogiem.

Ludzie wykorzystują na pastwiska nawet najwyżej położone tereny, tutaj szczyt czterotysięcznej góry

Na razie czynione są starania, by zniechęcić ludzi do mieszkania na terenie parku, ograniczane są między innymi ich możliwości świadczenia usług na rzecz turystów. Jednak bez szeroko zakrojonej akcji prawdopodobnie się nie obędzie.

Dwa sprzeczne punkty widzenia, czy uda się je jakoś pogodzić?

19
mar
07

Simen – doliny

Po zejściu ze szczytu Bhawit kolejne kilka dni trasa prowadziła dolinami, u podnóży gór, aż do miasteczka Adi Arkay. Widoki z dołu były nie mniej imponujące (o ile nie bardziej) niż widoki ze szczytów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

16
mar
07

Simen – góry

Góry Simen to pasmo niezwykłych szczytów, jednych z najwyższych gór Afryki. Jest to obecnie najpopularniejszy cel trekkingów w Etiopii – niemniej mimo dużej ilości turystów na szlaku, wędrówka po tych górach robi niesamowite wrażenie, a widoki po prostu zapierają dech w piersiach.

Góry te powstały na skutek erozji powulkanicznego płaskowyżu. Charakterystyczne dla nich są niezwykle strome urwiska, pionowe ściany nieraz kilometrowej wysokości.

Pierwsze cztery dni naszej wędrówki wiodły wysokimi (ponad 4000 metrów) szczytami, z noclegami w obozach Sankaber, Geech i Chennek. W nocy było bardzo zimno, temperatura spadała poniżej zera. Mimo spania w dwóch śpiworach, czułem chłód.

W wędrówce po górach turystom obowiązkowo musi towarzyszyć skaut z kałasznikowem. Można się dzięki temu momentami poczuć jak na wojennej ścieżce, chociaż tak naprawdę żadne niebezpieczeństwo nikomu nigdy nie grozi. Zresztą skauci i tak mają zakaz używania broni…

Widok z obozu Sankaber

Niezwykłe widoki po drodze do obozu Geech

Obóz Geech

Poganiacze mułów prowadzą zwierzęta na nocne pastwisko, w pobliżu obozu Sankaber

Droga Debark-Chennek, młodzi tragarze

Dzieci w górach Simen, podobnie jak w wielu innych wiejskich rejonach Etiopii, przychodzą prosić o puste butelki po wodzie – tutaj to skarb

Młócka tradycyjnymi metodami

 

Wioska Geech, dziewczynka rozbija ziarna kawy w moździerzu, przygotowując tradycyjną ceremonię parzenia tego napoju

W czasie picia kawy

 

Charakterystyczne dla Gór Simen przepaście

 

 

 

Pawiany Gelada, endemiczne dla Gór Simen i bardzo często tu spotykane

Nasz skaut na jednym z postojów

 

To nie wojna, jeno wycieczka turystyczna :)

Widok z Bhawit, jednego z najwyższych szczytów Simen

 

 

Typowe dla Simen palemki, ich cechą charakterystyczną jest że zielony szczyt palmy osiąga pełen rozmiar bardzo wcześnie, potem palma rośnie tylko w górę, przez co często wygląda jakby była częściowo zakopana w ziemi

Matka z córką spotkane na zejściu z Bhawit

”Partyzanci” :) , od lewej nasz skaut, ja i Filip