16
sty
07

Debre Damo

Niedługo minie miesiąc od czasu jak przyjechałem do Etiopii, wypadałoby więc coś w końcu o tym kraju napisać, zwłaszcza że wiele osób mnie o to prosi. Chociaż komentarz czy maila to mało komu się chce napisać – jak zatem mam znaleźć motywację? ;>

Debre Damo to jeden z najstarszych i najważniejszych klasztorów w Etiopii. Od czasów założenia ponad tysiąc lat temu, zamieszkujący go mnisi praktycznie nie zmienili trybu życia – niewiele wynalazków współczesnego świata się tu zadomowiło.

Nie jest łatwo tu dotrzeć – kobietom wstęp jest surowo wzbroniony, mężczyźni zaś muszą pokonać przy pomocy liny 15-metrową, pionową ścianę – innej drogi nie ma, klasztor położony jest na szczycie niedostępnego płaskowyżu.

Trafiliśmy tu wraz z Filipem, kolegą z którym podróżowałem przez ostatnich kilka tygodni, ze spotkanymi w Axum Francuzami – mieli wynajętego jeepa, chcieliśmy więc razem zwiedzić kilka kościółków w Tigray – są dość trudno dostępne przy użyciu publicznego transportu. Jednak kiedy wdrapaliśmy się na górę, decyzja była prosta – zostajemy tu!

Zamieszkaliśmy na kilka dni u jednego z mnichów – spanie na podłodze usłanej skórami zwierząt (do teraz jestem cały w kropki od ugryzień pcheł), do jedzenia injeera z pieprzem lub rozgotowane spaghetti (nabyliśmy dwie paczki w wiosce na dole, jednak okazało się że pomocnik naszego mnicha niezbyt umiał je przygotować), do picia tella – lokalne piwo zrobione z miejscowej deszczówki. Ale było warto się pomęczyć – udało nam się na moment zajrzeć do świata jak sprzed setek lat, jakiego już w Europie się nie znajdzie.

Z początku mnisi traktowali nas nieco nieufnie – wielu jest przeciwnych przyjmowaniu tu turystów, woleliby ich nie wpuszczać. Nie zależy im na przywożonych przez nich pieniądzach, są jednak zobligowani przez biskupa.

Po pewnym czasie jednak nastawienie nawet najbardziej zatwardziałych się zmieniło – zaczęli nas traktować jako swoich a nie obcych.

Mieliśmy wyjątkowe szczęście trafić tu w okresie etiopskiego Bożego Narodzenia. Jest ono obchodzone trochę później niż u nas – 7 stycznia. Nie ma oczywiście choinki i prezentów, można natomiast poczuć niezwykłe religijne znaczenie tego święta. W poprzedzającą je noc odbywa się pasterka.

Do kościółka przyszliśmy o 10 wieczorem. Mnisi oraz uczniowie odziani byli w białe tuniki, również się takowymi przykryliśmy. Z początku nie działo się zbyt wiele, wszyscy dopiero się schodzili. Niektórych mnichów widzieliśmy pierwszy raz na oczy, zwłaszcza tych najstarszych. Jeden wyglądał dosłownie jakby od kilku lat się do grobu wybierał, tylko że nie może się zdecydować – niewidzące oczy, na głowie burza poskręcanych, siwych dredów. A jednak przyszedł tu, by uczestniczyć w tej trwającej wiele godzin ceremonii.

Na podłodze ustawione były trzy wielkie bębny. Każdy z nas dostał do ręki laskę pasterską i kołatkę. I wreszcie rozpoczęło się. Zabrzmiały w przejmujący sposób bębny, malutkie pomieszczenie przeszył śpiew mnichów, zakołatały kołatki.

Było niesamowicie. Miałem poczucie uczestniczenia w czymś niezwykłym, w bardzo intymnej, ważnej i tajemniczej ceremonii. I bardzo starej – w pewnym momencie dostrzegliśmy na ścianie liczące wiele setek lat malowidło, przedstawiające człowieka z identyczną laską i kołatką.

Msza trwała całą noc, myśmy wytrwali do czwartej nad ranem, jednak najtwardsi kontynuowali do świtu.

Pobyt w Debre Damo to z pewnością jedno z najsilniejszych wrażeń w trakcie moich dotychczasowych podróży. Doświadczenie niezwykłe także dlatego, że pozwoliło nam zobaczyć chrześcijaństwo w postaci zapewne niewiele zmienionej od pierwszych wieków tej religii, zanim powstał Watykan, zanim zinstytucjonalizowało się i obrosło nakazami i zakazami wynikającymi z setek lat polityki uprawianej przez Państwo Kościelne.

Jedyna droga prowadzaca do Debre Damo

Jedyna droga prowadzaca do Debre Damo


Widok na Debre Damo


Wnetrze jednego z domow


Wode deszczowa kolekcjonuje sie w specjalnych zbiornikach wykutych w skale, musi starczyc na caly rok


Jeden ze starszych mnichow w swoim domu


Kurhan


Brat Zachariasz, straznik liny


Obchody swiat Bozego Narodzenia


Jeden z mnichow modli sie przed obrazem Maryi

Wtopilismy sie w otoczenie, kto znajdzie Filipa? :)

Przygotowanie do procesji z krucyfiksami

Procesja wokol kosciola


Malowidlo nascienne pokazujace pradawnosc ceremonii


Czytanie Ewangelii


O czwartej nad ranem malo kto mial sily aktywnie uczestniczyc w mszy


15 Odpowiedzi do “Debre Damo”


  1. 1 mama Antoniego
    styczeń 16, 2007 o 7:23 pm

    hej! To jest to. Poza tym nie jest latwo wpisywac tu komentarze- moze zamiescilbys instrukce obslugi- travel-bit byl bardziej czytelny. Wiem ze duzo ludzi ci kibicuje,ale jesli potrzebne ci wsparcie to apeluje- WPISUJCIE SIE!!!!!. Przy okazji pozdrawiam krewnych i znajomych…Mama Antoniego-podroznika

  2. 2 jarekB
    styczeń 17, 2007 o 8:07 am

    Hello Antonio, wreszcie sie odezwales! Pobyt w takim klasztorze to z pewnoscie cos niesamowietego, faktycznie chrzescijanstwo przetrwalo tam w formie zupelnie niezmienionej od setek lat. Tak sie zastanawiam, czy znajac moja slabosc do pionowych scian wdrapalbym sie do tego klasztoru:) Pozdrawiam

  3. styczeń 19, 2007 o 1:37 pm

    Witaj Antku, fajnie, ze sie odezwales. Juz myslalem, ze gdzies przepadles. Nie martw sie, ludzie zagladaja na Twojego bloga. Super zdjecia. Pozdrowienia

  4. 4 Jagoda
    styczeń 19, 2007 o 7:51 pm

    Cześć!

    Dopiero , jak wrzuciłeś posta na travelbicie to wielu znowu przypomniało sobie o Twojej podróży:)Niesamowite miejsca i ludzie, czytamy w większym gronie i baaaardzo kibicujemy.Jak sie da, to pisz trochę częściej.
    Pozdrowienia
    Jagoda

  5. 5 marcin p
    styczeń 19, 2007 o 8:32 pm

    Ola Antonio!
    ostra sprawa z tym klasztorem! robi wrazenie! RESPECT! mam kurna sesje teraz ale dostalem auto z firmy zebym sobie narty po sesji pojechal! bedzie ostro! 4dni w alpach to tez jakas tam przygoda! zdjecia masz zarobiste! zrobilem imprezke urodzinowa ostatanio w zeszly piatek. niestety w sobote umieralem z tego powodu ale buteleczka wina o 19 wieczorem postawila mnie na nogi i udalem sie na bal do hofburgu. ogolnie lajcik. drogi alkohol byl wiec wzielismy cos ze soba i takim sposobem ja, jeszcze jeden polak i belg pili niemiroffa w kiblu popijac kranowa… fajnie musialo wygladac wszyscy w muszkach i smokingach a tu taka akcja….
    3maj sie
    baw sie dobrze!
    pozdrow Murzynow!
    dajemy rade!

  6. styczeń 20, 2007 o 9:04 pm

    hej Antek :)

    ja właśnie siedzę sobie na Pratunamie
    w Bangkoku i przypomniałem sobie, że dawno
    nie zaglądałem na tą stronkę.
    a tutaj widzę, że Ty już dotarłeś do Etiopii :)
    i jak tam Twoje odczucia odnośnie kraju
    i ludzi ?
    ja choć spędziłem kilka miesięcy pracując
    w Addis, to muszę przyznać przeglądając fotki
    i czytając bloga, że nieco żałuję, iż nie znalazłem,
    czasu, aby wybrać się w miejsca, w których
    Ty teraz bywasz… a pewnie warto :)
    wybierasz się do Addis ?

    trzymaj się zuchu i uważaj na Siebie!

    pozdrówki z Bangkoku!
    Patryk

  7. 7 worph
    styczeń 21, 2007 o 8:21 pm

    Pozdrowienia, podobają mi się twoje zdjęcia szczególnie portrety. Opis podróży bez zadęcia, koloryzowania i maniery “wielkiego” reportażysty. Miałem jechać podobną trasą dlatego też kibicuję. Cieszę się że nie piszesz dokąd zmierzasz, ja przynajmniej nie wyczytałem tego nigdzie. To dobrze że nie jest Ci śpieszno i nie rzucasz się w pogoń z czasem. Może zobaczysz to, czego inni nie zauważyli bijąc rekordy w pokonanych kilometrach???

  8. 8 worph
    styczeń 23, 2007 o 8:51 am

    czy ktoś wie jakim aparatem robi zdjęcia antek?

  9. 9 Bartek
    styczeń 23, 2007 o 9:08 am

    Hej Antonio

    Ta relacja ze zdjęciami naprawdę mnie powaliła ;) Miejsce jest po prostu magiczne. Gratuluję podróży w czasie (no i przestrzeni oczywiście). Życzę wielu tego typu przeżyć w dalszych etapach podróży.

  10. 10 piotrek ptak
    styczeń 23, 2007 o 9:49 pm

    Witaj Antku!
    Muszę przyznać, że dawno już tu nie zaglądałem, za to przed chwilą z zapartym tchem przeczytałem kilka ostatnich wpisów! Zdjęcia jak zwykle świetne, gratulację. Szczerze zaczynam się zastanawiać nad Afryką, choć nadal snuję swoje pakistańskie plany; zobaczymy.
    Zazdroszczę przeżyć bożonarodzeniowych, troszkę mi się Twój opis kojarzył z pakistańską sufi night, choć to całkiem inny krąg kulturowy.
    Tyle na dziś, pozdrawiam i trzymam kciuki. Live your dreams!

  11. 11 nygus
    styczeń 30, 2007 o 6:34 pm

    ladne kolrki i jakosc tych fotek z etiopii, chyba rozgryzaqsz nowy sprzet, bo te z sudanu jakies tkie przytlumione byly

  12. 12 slawek
    luty 1, 2007 o 2:39 pm

    no Antku, az milo wiedziec, ze wszyscy sie jakos juz kiedys zetknelismy, maly ten swiatek, yahodeville, trekearth, Krzysiek Pakulski, Nygus. kazdy w koncu wpadnie na drugiego;
    pisze czesciej i pakuj wiecej fotek;
    powodzenia zycze
    slawek vel.hajle

  13. 13 Filip
    luty 1, 2007 o 9:38 pm

    Antku,

    7 lat podróży w czasie z racji kalendaża Juliańskiego Tobie jest jeszcze za mało? 1000 lat wstecz postanowiłeś się cofnąć tym razem? ;-) Przecież Ty już ledwo browara możesz wciągać .. ;-)

    Aż człowieka skręca że znowu w tej bezsraczkowej, zimnej, szaro-burej europie .. przygód brakuje!!

    3m sie i postuj często!


Dodaj komentarz