Witam po dłuższej przerwie. Jestem już od pewnego czasu w Etiopii, gdzie niestety dostęp do Internetu jest znacznie trudniejszy niż w Sudanie.
Dziękuję serdecznie za życzenia świąteczne i noworoczne wszystkim którzy mi je wysłali, a także tym, co chcieli, a z jakiegoś powodu tego w końcu nie zrobili. Ze swej strony chciałbym życzyć z okazji Nowego Roku wielu ciekawych podróży czytelnikom, no i wielu ciekawych wpisów na tym blogu
.
Święta były, choć nie pod palmami, a pod tują (czy podobnym krzewem). I było całkiem chłodno – zimową nocą w górach Etiopii temperatury spadają poniżej zera! Ale udało się nawet ugotować barszcz z uszkami – wprawdzie wszystko z paczki, ale i tak smakował wybornie.
Zanim zacznę pisać więcej o Etiopii, kolejna z zaległych opowieści z gór Nuba. .
Jadąc do Angolo
Angolo to mała wioska położona 75 km na południe od Kadugli, jednego z największych miasteczek regionu.
„Spodoba ci się, tam jeszcze zachowało się sporo tradycji Nuba, a poza tym może będziesz miał szczęście i trafisz na sibir – święto zbiorów” – namawiał mnie spotkany w hotelu człowiek. Jego ojciec mieszka w tej wiosce, prowadzi sklepik. On sam się tam urodził, ale jako iż jest Arabem, musiał wyjechać gdy zaczęła się wojna. Dziś już nie chce wracać – ma wyższe wykształcenie, pracuje dla chińskiej kompani naftowej. „Wiesz, prawdę mówiąc miejsca takie jak Angolo są zdecydowanie lepsze jak się jest małym dzieciakiem”.
Zaopatrzony w list polecający czekam zatem cierpliwie na odjazd ciężarówki, która mnie tam zawiezie. Nikt nie wie kiedy to nastąpi – może za dwie godziny, ale może za chwilę, lepiej więc siedzieć w pobliżu a nie łazić nie wiadomo gdzie. Zresztą po co, w południe panuje tak niemiłosierny upał, że tylko szaleniec będzie niepotrzebnie tracił energię na bezcelowe spacery.
Na szczęście w pobliżu jest sklep z zimnymi napojami, na krótko staję się najlepszym klientem.
Nagle, bez jakiegoś wyraźnego sygnału, poruszenie. Ktoś otwiera podwoje ciężarówki, ludzie pakują się do tyłu. Zajmuję dogodne miejsce na dachu kabiny kierowcy – tu wprawdzie słońce bardziej grzeje, ale widoki są lepsze. Z tyłu trwa walka o skrawki wolnego miejsca, każdy stara się jakoś umościć, by przetrwać nadchodzącą jazdę. Do boków ciężarówki mocuje się dobra, które nie zmieściły się w środku – rowery, krzesła.
W końcu wszystko już gotowe, jednak ciągle nie ruszamy. Czekamy na coś, nie wiadomo na co, chyba sam kierowca nie wie. Popołudniowe słońce wyciska ze mnie siódme poty, przedtem chociaż można się było schronić w cieniu, teraz między nami nie ma już nic.
Po pół godzinie zostaje włączony silnik, a po kolejnych piętnastu minutach ciężarówka zaczyna powoli się toczyć. Nareszcie! Wciąż niewyzbyty europejskich nawyków, zerkam na zegarek. Pięć godzin od momentu gdy tu przyszedłem. Ale to już nieważne, ważne że jedziemy. Wpierw przez miasteczko – czy raczej przerośniętą wioskę, potem już przez afrykański busz.
Jest świetnie, widoki są wspaniałe, wiatr rozwiewa włosy i chłodzi twarz. Czujesz że żyjesz tak jadąc. Nie można jednak nawet przez chwilę się zagapić, trzeba uważać by nie dać się zrzucić na wyboju lub by uchylić się przed kolczastą gałęzią akacji. Choć czasem nie da się, i ostre jak szpilki kolce przejadą po ramieniu czy głowie.
Jedziemy kilka godzin, z rzadka mijając wioseczki, w których wysiadają kolejni pasażerowie. Koło mnie siedzi koleś z dużym afro i malutką, figlarnie przekrzywioną muzułmańską czapeczką. W ręce trzyma wymiętą książeczkę „Teach yourself english in 24 hours”, którą zapamiętale studiuje. W końcu pyta niepewnie: „What is your name?”.
W pewnym momencie nasz pojazd staje – awaria. Czekamy cierpliwie w szczerym polu aż naprawią, w międzyczasie obserwując zachód słońca. Robię się głodny, od rana nic nie jadłem, a chyba nie pokonaliśmy jeszcze połowy drogi. Nic nie mam ze sobą, mieliśmy być na miejscu przed zmrokiem.
W końcu udało się naprawić samochód, gramolimy się z powrotem na swoje miejsca i ruszamy. W ciemnościach jeszcze trudniej uchyla się przed akacjami. O dziwo kierowca włączył światła.
Zabijam czas gawędząc z Mojżeszem, który zna trochę angielski. Jest z Angolo.
Po kilku godzinach zatrzymujemy się w jakiejś wiosce. Dobiega mnie dźwięk bębnów.
„To sibir” – wyjaśnia Mojżesz.
Idziemy zobaczyć.
Na zakurzonym placu tłum ludzi tańczy w takt bębnów. Dużo nie widać, wszystko skrywa unoszący się w powietrzu kurz i mrok. Dołączamy na chwilę, ale wkrótce Mojżesz ciągnie mnie – musimy wracać.
Właściwie nie wiem dlaczego, ciężarówka jak stała tak stoi, i wcale nie wygląda żeby miała w planach się ruszyć. Mimo to wchodzimy na górę i czekamy. W pewnym momencie ktoś rzuca hasło – dzisiaj już dalej nie jedziemy, trzeba tu nocować.
Udajemy się z Mojżeszem i afro-muzułmaninem na poszukiwanie jakiegoś dogodnego miejsca na spędzenie nocy. Przed meczetem wydaje się być najlepiej, muzułmanin – jako najbardziej do tego uprawniony – wyciąga ze środka matę, na której się mościmy. Wyciągam z plecaka śpiwór, zdejmuję buty, układam się do snu.
Kiedy prawie zasypiam, ktoś przybiega. Jednak jedziemy teraz. Rozespany zbieram rzeczy, wracam na ciężarówkę. W środku nie dostrzegam żadnej znajomej twarzy, upewniam się więc: „Angolo?”. W odpowiedzi słyszę jakąś nazwę, której zupełnie nie kojarzę.
Czyli nie wiadomo gdzie właściwie jedziemy. Szybki proces myślowy – wyboru dużego nie mam, mogę zostać sam na środku tej wioski, albo jechać gdzieś, gdzie w najgorszym wypadku znajdę się w podobnej sytuacji. Więc jadę. Początkowo siedzę na pace, ale wkrótce wracam na swoje miejsce na dachu – stąd przynajmniej cokolwiek widzę.
Droga jest coraz gorsza, do dziur i wybojów dołączyły kamienie. Jedziemy przez jakieś góry, czasem mijając małe gliniane domki, wiele z nich jest zrujnowanych. Dawno nie czułem się tak niepewnie, jest już po północy, a ja jadę, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo dokąd, nawet jeśli do Angolo, to i tak nie mam gdzie spać – jest już za późno by szukać ojca mojego znajomego z Kadugli.
W końcu gdzieś dojeżdżamy. Z kabiny wyłania się Mojżesz, tam się skrył.
„Choć do mnie do domu, możesz u mnie przenocować”.
Jesteśmy w Angolo.