Dzisiaj dwie krótkie historyjki z życia w podróży, a w przygotowaniu nowe teksty i zdjęcia – trochę więcej o samym Sudanie i o Derwiszach.
Oszczędności
Czasem w podróży, gdy nie dysponuje się nieograniczonym budżetem, łatwo o zbyt daleko posunięte oszczędności. Toteż gdy dowiedziałem się, że musiałbym dopłacić 400 dinarów (2 dolary) za rikszę, która by mnie nazajutrz przywiozła na dworzec, stanowczo odmówiłem. Przecież mam nogi, poza tym normalnie za kurs płaci się nie więcej niż 200 dinarów.
Dopiero potem pomyślałem, że o trzeciej nad ranem może nie być tak łatwo o transport w konkurencyjnej cenie, a na piechotę to prawie pół godziny marszu.
A psy szczekały całą noc.
W krajach muzułmańskich psów nie są zbyt popularne – ludzie rzadko trzymają je w domach, jeśli już to czasem wykorzystuje się je do pilnowania podwórka. Jednak w każdym miasteczku zbierze się zawsze grupa bezpańskich burków. W dzień nie stanowią problemu, ale w nocy? Kto wie jak się zachowa sfora psów na widok samotnego przechodnia, w dodatku objuczonego ciężkim plecakiem? Czy nie zechcą odreagować stresów, których dostarczają im ludzie na co dzień, przeganiając je z miejsca na miejsce czy częstując bezinteresownym kopniakiem? W walce z psami pierwsze, nawet najmniejsze skaleczenie to już przegrana – trzeba brać zastrzyki na wściekliznę, nie można pić alkoholu przez pół roku, a sądząc po odgłosach dobiegających z zewnątrz przez całą noc, psów w Dongoli jest wyjątkowo dużo, i nie są zbyt przyjaźnie nastawione.
Oczywiście o trzeciej na ulicach nie było żadnych śladów życia, nie mówiąc już o kolejce riksz, których właściciele zaczęliby się prześcigać w obniżaniu ceny przejazdu dla obcokrajowca – nie miałem więc wyboru, musiałem iść na piechotę.
Na ulicach ciemno, tu nie istnieją światła uliczne, potrzebna była więc latarka. W najbliższej okolicy psów nie było widać ani słychać, ale kto wie co będzie za 500 metrów? Na wszelki wypadek więc zwędziłem z sąsiedniej budowy cegłę – lepsza taka broń niż żadna. I tak szedłem przez uśpione miasto, z cegłą w dłoni, duszą na ramieniu i plecakiem na drugim.
Nic się nie wydarzyło. Kilka razy były gdzieś blisko, zapewne za zakrętem, w bocznej uliczce. Jednego nawet widziałem – zaszczekał kilka razy, ale nie podszedł bliżej – zbyt leniwy lub wystraszony.
Szedłem i przeklinałem własną głupotę, przecież za te marne 400 dinarów ktoś mógł po mnie przyjechać, mógłbym spać chwilę dłużej, a przede wszystkim nie musiałbym teraz iść tędy.
A w końcu zobaczyłem autobus, i ludzi krzątających się w pobliżu, sposobiących go do odjazdu. Bardzo się ucieszyłem. I od razu mi się miło zrobiło, że te 400 dinarów zostało jednak w moim portfelu.
Obieg dokumentów
Zanim wyruszyłem w tę podróż, zajmowałem się – jako programista komputerowy – tworzeniem systemu obiegu dokumentów. Czasem pytali mnie ludzie, co to dokładnie znaczy, czym się ten system zajmuje. Nigdy nie potrafiłem przekonująco odpowiedzieć w sposób, który wyjaśni istotę problemu bez umniejszania jego wagi i rangi.
A tu niespodziewanie sudańskie ministerstwo ds. cudzoziemców dostarczyło mi znakomity przykład. Otóż każdy turysta po przybyciu na terytorium Sudanu musi się zarejestrować w stosownym urzędzie.
Procedurę tą rozpoczyna się od wypełnienia dwustronicowego formularza, który prócz danych osobowych zawiera też rozmaite inne pytania, np. o adres sponsora pobytu w tym kraju.
Następnie udajemy się do pokoju, gdzie pani przy biurku po lewej stronie sprawdza nasz formularz, i coś na nim dopisuje, i rejestruje nasze dane w wielkiej księdze. Teraz formularz zanosimy do pana przy biurku po prawej, by przyłożył nam pieczątkę.
Pieczątek i podpisów do zdobycia jest kilka, każde wydawane przez osobnego urzędnika, wg ściśle określonej procedury warunkującej kolejność wizyt. .
W kolejnym pokoju zakupujemy pewną liczbę znaczków skarbowych za kwotę 30$, z którymi udajemy się do sąsiedniego pokoju w celu sprawdzenia i przekreślenia. W tym pokoju dostajemy też pieczątkę w paszporcie.
Z tak spreparowanym formularzem wracamy do kapitana, który przegląda go, podpisuje decyzję i podpisuje pieczątkę w paszporcie – jesteśmy oficjalnie zarejestrowani. Wracamy teraz do pokoju, w którym zaczęliśmy naszą przygodę, by oddać pismo do archiwum i zakończyć sprawę.
To właśnie klasyczny przykład obiegu dokumentów – gdzie nośnikiem pisma jest biedny, pragnący załatwić swoją sprawę w urzędzie petent.
A w urzędzie stosującym system elektronicznego obiegu dokumentów – ciach prach, wszystko samo się zrobi (no prawie) – a przynajmniej nie będzie trzeba biegać z papierami od biurka do biurka.
Pewnie by urzędnicy w Sudanie w takie bujdy nie uwierzyli.


