O Górach Nuba pierwszy raz dowiedziałem się oglądając wystawę fotografii Leni Riefenstahl w jednej z poznańskich księgarń. Zachwyciły mnie te zdjęcia – a właściwie przedstawieni na nich ludzie. Nie tylko swoją bezpośrednio widoczną egzotyką – w latach ‘60 nie nosili żadnych ubrań, za to malowali na ciałach niesamowicie złożone wzory – ale i niesamowitą gracją, dumą i prostotą – w dobrym słowa tego znaczeniu.
Później znalazłem wiele więcej informacji w Internecie – o wojnie, która toczyła się tam od 1983 roku. I o ludziach takich jak Antonio Corez, który wraz z żoną i małym synkiem spędził kilka miesięcy w jednej z wiosek, w pełni uczestnicząc w życiu mieszkańców, czy Słoweńcu Tomo Kriznarze, którzy przekradł się tam w czasie wojny na rowerze, omijając posterunki wojskowe.
Dość powiedzieć, że znalazłem się w gronie ludzi, których wyobraźnią zawładnęły Góry Nuba.
Kiedy więc dowiedziałem się, że w związku z zakończeniem w 2002 roku wojny istnieje potencjalnie możliwość, by się tam udać, nie było odwrotu – musiałem spróbować się tam dostać.
Pierwszą batalię stoczyłem jeszcze w Chartum – musiałem uzyskać oficjalne pozwolenie na podróż do tamtego rejonu. Było trochę problemów – władze dość podejrzliwie odnoszą się do tego typu aktywności, musiałem odpowiedzieć na mnóstwo pytań w stylu: „A po co? A dokąd? A co tam będziesz robił?”. Ale w końcu udało się, i kilka dni później siedziałem w autobusie do Dilling, a w plecaku miałem opatrzoną mnóstwem pieczęci i podpisów kartkę ze zgodą.
Nie wiedziałem zbyt wiele. Informacje o aktualnej sytuacji w Nuba dostępne w Internecie są szczątkowe, nie istnieją żadne relacje z podróży – zresztą z tego co się później dowiedziałem, od zakończenia wojny przyjechało tu może kilkunastu turystów.
Zastanawiałem się, co zastanę. Wiedziałem, że w Dilling jest jakiś hotelik, można się przespać, jest to też centrum operacyjne wielu organizacji działających w rejonie. Miałem nadzieję dowiedzieć się od nich na temat aktualnej sytuacji – czy w ogóle można bezpiecznie zapuścić się gdzieś dalej.
Droga prowadziła przez płaską niczym stół sawannę. W pewnym momencie, po kilku godzinach dość monotonnej jazdy, na horyzoncie ukazały się strzeliste, masywne wzniesienia. Góry Nuba! Poczułem ekscytację, że wreszcie je zobaczę, ale i pewną niepewność, co zastanę.
Dilling ciężko określić inaczej niż duża wioska, choć ma nawet swój uniwersytet. Jest dość nowoczesne, w centrum znajduje się dobrze zaopatrzony bazar, a wieczorem na kilka godzin włączane są generatory w celu wytworzenia prądu. Ogólnie jakiejś większej różnicy w stosunku do reszty Sudanu nie dostrzegłem – co troszkę mnie rozczarowało.
Zupełnym przypadkiem trafiłem na uroczystości przedweselne, podczas których poznałem ludzi pracujących w ONZ i na lokalnym uniwersytecie – dzięki czemu uzyskałem pozwolenie na podróż do głębiej położonych wiosek, i wreszcie jakieś konkretne informacje odnośnie sytuacji w regionie.
Nie jest źle – ogólnie panuje spokój, pola minowe są zidentyfikowane i oznaczone – choć w niepewnym terenie nadal lepiej chodzić wydeptanymi ścieżkami.
Z Dilling wykonałem dwie jednodniowe wycieczki do stosunkowo blisko położonych wiosek. Były ciekawe, piękny krajobraz i nawet trochę tradycyjnych domków się zachowało, a jednak czułem pewien niedosyt. Ludzie niczym szczególnym się nie wyróżniali, widać że mocno przejęli kulturę arabską. Nie po to przyjechałem taki kawał drogi i pokonałem tyle trudności! Gdzie się podział ten świat ze zdjęć Leni i Antonio Coresa? Wiedziałem, że nie znajdę już ludzi chodzących nago, ale miałem nadzieję, że jednak cokolwiek się ostało z tamtych czasów, a zastałem wioski, które mogłyby być gdziekolwiek w Sudanie. I ludzi, których zmartwieniem było nie to, jak zachować dziedzictwo Nuba, ale jak najszybciej zniwelować różnice dzielące ich i bardziej rozwiniętą resztę kraju.
Trudno mi ich winić, sam też pewnie bym walczył o to na ich miejscu, ale smutno mi sie zrobiło, że ich niezwykła kultura zaniknęła.
I kiedy prawie pogodziłem się z myślą, że tamten świat odszedł, trafiłem na wesele. Była to kulminacja uroczystości sprzed kilku dni.
W Sudanie, w przeciwieństwie do Polski, nie ma dylematu kogo zaprosić. Wszyscy są zaproszeni! Choćby jedyną rzeczą jaka cię łączyła z parą młodą był fakt, że akurat przechodziłeś obok i usłyszałeś muzykę. Przychodź, ciesz się razem z nami!
Nic dziwnego więc, że zebrał się spory tłum.
Z początku odbyły się bardziej tradycyjne rytuały weselne, a potem zaczęła się zabawa na całego. Grała transowa muzyka, w potwornym ścisku tańczyło kilkaset osób. Dzieci i dorośli, kobiety i mężczyźni, wszyscy razem. Nikt nie jest gorszy, nikogo nie można wykluczyć. Mimo iż prawie wszyscy obecni to muzułmanie, nie ma problemu, w Sudanie segregacja płci prawie nie istnieje, nikt nie widzi problemu by bawić się razem.
I tańczyliśmy tak kilka godzin. I kiedy patrzyłem na tych wszystkich ludzi wokół mnie, jak wyglądają, na ich ubiór i fryzury – widać w tym pragnienie indywidualizmu, wyróżnienia się – zupełnie inaczej niż Arabowie, którzy ubierają galabadżije i wszyscy wyglądają tak samo – jak się poruszają, przypomniał mi się film, który widziałem na stronie Antonio Coresa. Był to film z rytualnymi tańcami w trakcie jednej z uroczystości. Ta sama zmysłowość ruchów, ta sama dbałość o wygląd.
I wtedy odnalazłem Nuba, do których przyjechałem. Nie zginęli, wciąż są, wciąż jest w nich ta niesamowita gracja, choć nieco bardziej zamaskowana, dopasowana do zmieniających się czasów.
To jeszcze nie koniec moich przygód w krainie Nuba, potem pojechałem nieco bardziej na południe, udało mi się dotrzeć do małych wiosek położonych daleko od głównych dróg, i spędzić tam kilka dni. Ale o tym następnym razem.
Na razie zapraszam na zdjęcia pod adresem:
http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=37 (pierwsza część, dość wolno się tu ładują)





