Archiwum dla grudzień, 2006

19
gru
06

Opowieści z gór Nuba – część I

O Górach Nuba pierwszy raz dowiedziałem się oglądając wystawę fotografii Leni Riefenstahl w jednej z poznańskich księgarń. Zachwyciły mnie te zdjęcia – a właściwie przedstawieni na nich ludzie. Nie tylko swoją bezpośrednio widoczną egzotyką – w latach ‘60 nie nosili żadnych ubrań, za to malowali na ciałach niesamowicie złożone wzory – ale i niesamowitą gracją, dumą i prostotą – w dobrym słowa tego znaczeniu.

Później znalazłem wiele więcej informacji w Internecie – o wojnie, która toczyła się tam od 1983 roku. I o ludziach takich jak Antonio Corez, który wraz z żoną i małym synkiem spędził kilka miesięcy w jednej z wiosek, w pełni uczestnicząc w życiu mieszkańców, czy Słoweńcu Tomo Kriznarze, którzy przekradł się tam w czasie wojny na rowerze, omijając posterunki wojskowe.

Dość powiedzieć, że znalazłem się w gronie ludzi, których wyobraźnią zawładnęły Góry Nuba.

Kiedy więc dowiedziałem się, że w związku z zakończeniem w 2002 roku wojny istnieje potencjalnie możliwość, by się tam udać, nie było odwrotu – musiałem spróbować się tam dostać.

 

Pierwszą batalię stoczyłem jeszcze w Chartum – musiałem uzyskać oficjalne pozwolenie na podróż do tamtego rejonu. Było trochę problemów – władze dość podejrzliwie odnoszą się do tego typu aktywności, musiałem odpowiedzieć na mnóstwo pytań w stylu: „A po co? A dokąd? A co tam będziesz robił?”. Ale w końcu udało się, i kilka dni później siedziałem w autobusie do Dilling, a w plecaku miałem opatrzoną mnóstwem pieczęci i podpisów kartkę ze zgodą.

 

Nie wiedziałem zbyt wiele. Informacje o aktualnej sytuacji w Nuba dostępne w Internecie są szczątkowe, nie istnieją żadne relacje z podróży – zresztą z tego co się później dowiedziałem, od zakończenia wojny przyjechało tu może kilkunastu turystów.

Zastanawiałem się, co zastanę. Wiedziałem, że w Dilling jest jakiś hotelik, można się przespać, jest to też centrum operacyjne wielu organizacji działających w rejonie. Miałem nadzieję dowiedzieć się od nich na temat aktualnej sytuacji – czy w ogóle można bezpiecznie zapuścić się gdzieś dalej.

Droga prowadziła przez płaską niczym stół sawannę. W pewnym momencie, po kilku godzinach dość monotonnej jazdy, na horyzoncie ukazały się strzeliste, masywne wzniesienia. Góry Nuba! Poczułem ekscytację, że wreszcie je zobaczę, ale i pewną niepewność, co zastanę.

 

Dilling ciężko określić inaczej niż duża wioska, choć ma nawet swój uniwersytet. Jest dość nowoczesne, w centrum znajduje się dobrze zaopatrzony bazar, a wieczorem na kilka godzin włączane są generatory w celu wytworzenia prądu. Ogólnie jakiejś większej różnicy w stosunku do reszty Sudanu nie dostrzegłem – co troszkę mnie rozczarowało.

Zupełnym przypadkiem trafiłem na uroczystości przedweselne, podczas których poznałem ludzi pracujących w ONZ i na lokalnym uniwersytecie – dzięki czemu uzyskałem pozwolenie na podróż do głębiej położonych wiosek, i wreszcie jakieś konkretne informacje odnośnie sytuacji w regionie.

Nie jest źle – ogólnie panuje spokój, pola minowe są zidentyfikowane i oznaczone – choć w niepewnym terenie nadal lepiej chodzić wydeptanymi ścieżkami.

 

Z Dilling wykonałem dwie jednodniowe wycieczki do stosunkowo blisko położonych wiosek. Były ciekawe, piękny krajobraz i nawet trochę tradycyjnych domków się zachowało, a jednak czułem pewien niedosyt. Ludzie niczym szczególnym się nie wyróżniali, widać że mocno przejęli kulturę arabską. Nie po to przyjechałem taki kawał drogi i pokonałem tyle trudności! Gdzie się podział ten świat ze zdjęć Leni i Antonio Coresa? Wiedziałem, że nie znajdę już ludzi chodzących nago, ale miałem nadzieję, że jednak cokolwiek się ostało z tamtych czasów, a zastałem wioski, które mogłyby być gdziekolwiek w Sudanie. I ludzi, których zmartwieniem było nie to, jak zachować dziedzictwo Nuba, ale jak najszybciej zniwelować różnice dzielące ich i bardziej rozwiniętą resztę kraju.

Trudno mi ich winić, sam też pewnie bym walczył o to na ich miejscu, ale smutno mi sie zrobiło, że ich niezwykła kultura zaniknęła.

I kiedy prawie pogodziłem się z myślą, że tamten świat odszedł, trafiłem na wesele. Była to kulminacja uroczystości sprzed kilku dni.

W Sudanie, w przeciwieństwie do Polski, nie ma dylematu kogo zaprosić. Wszyscy są zaproszeni! Choćby jedyną rzeczą jaka cię łączyła z parą młodą był fakt, że akurat przechodziłeś obok i usłyszałeś muzykę. Przychodź, ciesz się razem z nami!

Nic dziwnego więc, że zebrał się spory tłum.

Z początku odbyły się bardziej tradycyjne rytuały weselne, a potem zaczęła się zabawa na całego. Grała transowa muzyka, w potwornym ścisku tańczyło kilkaset osób. Dzieci i dorośli, kobiety i mężczyźni, wszyscy razem. Nikt nie jest gorszy, nikogo nie można wykluczyć. Mimo iż prawie wszyscy obecni to muzułmanie, nie ma problemu, w Sudanie segregacja płci prawie nie istnieje, nikt nie widzi problemu by bawić się razem.

I tańczyliśmy tak kilka godzin. I kiedy patrzyłem na tych wszystkich ludzi wokół mnie, jak wyglądają, na ich ubiór i fryzury – widać w tym pragnienie indywidualizmu, wyróżnienia się – zupełnie inaczej niż Arabowie, którzy ubierają galabadżije i wszyscy wyglądają tak samo – jak się poruszają, przypomniał mi się film, który widziałem na stronie Antonio Coresa. Był to film z rytualnymi tańcami w trakcie jednej z uroczystości. Ta sama zmysłowość ruchów, ta sama dbałość o wygląd.

I wtedy odnalazłem Nuba, do których przyjechałem. Nie zginęli, wciąż są, wciąż jest w nich ta niesamowita gracja, choć nieco bardziej zamaskowana, dopasowana do zmieniających się czasów.

 

To jeszcze nie koniec moich przygód w krainie Nuba, potem pojechałem nieco bardziej na południe, udało mi się dotrzeć do małych wiosek położonych daleko od głównych dróg, i spędzić tam kilka dni. Ale o tym następnym razem.

Na razie zapraszam na zdjęcia pod adresem:

http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=37 (pierwsza część, dość wolno się tu ładują)

19
gru
06

Kassala

Jak pisałem już kiedyś, w relacjach z podróży chronologia nie jest aż tak zupełnie istotna, zatem zanim zacznę opowieści z Gór Nuba, parę słów o Kassali, ostatnim mieście przed granicą z Erytreą – póki mam to na świeżo w głowie. Przy okazji news dla wybierających się w te strony – granica jest znów otwarta!

 

Na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja!

Po niemal dwóch tygodniach spędzonych w głuszy rozkoszuję się przejawami cywilizacji. Dobrze zaopatrzone sklepy, utwardzone ulice, prąd – nie dość że w ogóle jest, to jest przez całą dobę. Raz trafiłem do cukiernio-kawiarni – eleganckie stoliki, duży wybór ciast i cukierków, i najprawdziwsza na świecie maszyna do robienia pop-cornu! Taka co się do takiego metalowego pojemniczka wsypuje ziarna, one po chwili robią pop-pop-pop, i usypują się w apetyczne stosy za szybą. Czym prędzej zamówiłem porcję, czekając aż koleś wyciągnie tą charakterystyczną papierową torbę, do której się nakłada prażoną kukurydzę i wcina w kinie. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jestem w żadnym wypadku fanem jedzenia w kinie pop-cornu, wręcz przeciwnie – zawsze z pewnym politowaniem patrzę na osoby udające się na dwugodzinny pokaz zaopatrzone w prowiant niczym na wyprawę polarną, niemniej po dłuższym czasie obcowania z afrykańską codziennością takie europejskie w charakterze drobiazgi zaczynają cieszyć.

Sprzedawca wyciągnął siatkę. Taką dużą, z grubej, czarnej folii. Dobrze chociaż że mi tej kukurydzy specjalnie nie skąpił. Była pyszna.

 

Góry Taka

Pawiany wchodzą na ściany

Kassala to ostatnie z odwiedzanych przeze mnie miejsc w Sudanie, od jutra zaczynam przebijać się do Etiopii, gdzie za kilka dni spotykam się z Filipem.

Nad Kassalą górują – a właściwie totalnie dominują – góry Taka. To grupa ogromnych, obłych, jednolitych, granitowych skał wyrastających nagle z płaskiej jak stół równiny.

Widziałem je przedtem na zdjęciach, ale nie spodziewałem się, że są tak duże. Widać je z każdego punktu miasta, przez swój rozmiar sprawiają wrażenie że są tuż, tuż, za rogiem, choć w rzeczywistości jest do nich kawałek, o czym przekonałem się na własnej skórze idąc do ich podnóży piechotą.

Na szczyty nie da się wejść, przynajmniej nie bez specjalistycznego sprzętu i umiejętności – każda ze skał ma na oko kilkaset metrów wysokości. Kilkaset metrów gładkiego, niemal pionowego kamienia!

„Na szczycie tej góry” – wyjaśniał mi spotkany w meczecie u podnóża człowiek – „rośnie drzewo. Jeśli któraś z jego gałęzi spadnie na ziemię, zamieni się w złoto. Ale jeszcze nikomu nie udało się tam wejść. Raz pewien Anglik, wiedziony ciekawością, strącił jedną gałąź przelatując w pobliżu samolotem. Ale wtedy pojawił się, nikt nie wie skąd, wielki orzeł i złapał ją w locie zanim upadła.”

Uznałem, że choć nie dam rady wejść na żaden z wysokich szczytów, mogę chociaż wdrapać się kawałek do góry po kamieniach, by spojrzeć stamtąd na miasto. Po pokonaniu kilku metrów usłyszałem nad sobą szczekanie.

Zdziwiło mnie w jaki sposób ten pies się tu znalazł, na takiej wysokości. Gdy jednak spojrzałem w górę, moim oczom ukazał się ogromny pawian! To on na mnie szczekał.

Tak staliśmy przez chwilę wpatrzeni w siebie. Ja niezbyt wiedziałem co dalej zrobić, pawian wiedział – poszczekiwał na mnie od czasu do czasu – choć może tylko maskował w ten sposób swoje zmieszanie. Po chwili pojawił się drugi, a za nim trzeci i czwarty.

Przyznam, że zupełnie nie znam się na pawianach. Wiem tyle, że mają czerwone tyłki, ale do dziś nie miałem pojęcia że potrafią szczekać. I do teraz nie wiem co to właściwie oznacza.

W każdym razie kiedy pawianów na skale nade mną zrobiło się osiem, uznałem ich przewagę liczebną i wycofałem się.

 

 

A na koniec, dla zainteresowanych, jak wyglądają łazienki w tutejszych hotelach.

Jedna z bardziej luksusowych z jakich korzystałem w Sudanie, ma nawet kafelki i bywa woda. Chyba, bo w czasie mojego pobytu nie działała i trzeba było używać wiaderka.

16
gru
06

Sudan

Dawno się nie odzywałem, ale to nie dlatego że zarzuciłem pisanie bloga. Byłem przez ostatnie dni w Górach Nuba, długo niedostępnym rejonie rozsławionym niezwykłymi zdjęciami Reni Riefenstahl, i który powolutku się otwiera po zakończeniu tu wojny cztery lata temu. Jednak wciąż jest to rzadko odwiedzany i słabo rozwinięty rejon. Zdjęcia i relacja wkrótce, tymczasem trochę zaległego materiału.

 

Chartum

SUDAN

 

Zapewne przeciętny Polak ma wyobrażenie Sudanu ukształtowane przez „W pustyni i w puszczy”, lub nie ma go wcale. Ponieważ jednak sporo się od tamtych czasów zmieniło, a w dodatku Sienkiewicz nigdy tu nie był osobiście, spróbuję trochę przybliżyć ten kraj.

Mała Afryka

Nazywany jest czasem „małą Afryką”, jako iż można tu znaleźć wszystko – od północy pustynie, w środku sawanny a na południu lasy tropikalne. Także ludzie wykazują ogromną różnorodność – od odzianych od stóp do głów, przestrzegających surowych zasad islamu Arabów po chodzących nieraz nago Murzynów. Mówi się tu ponad stu językami!

Stolicą tego konglomeratu ras, plemion i religii jest Chartum. Miasto dość nowe – ma może ze sto lat, jednak ciężko nazwać je specjalnie nowoczesnym – przynajmniej nie wg europejskich standardów. Na ulicach panuje spory ruch – chociaż niewielki w porównaniu z Kairem, w dodatku kierowcy jakby bardziej przestrzegali przepisy drogowe.

Tak jak Sudan to miniatura Afryki, tak Chartum to miniatura Sudanu. Można tu spotkać ludzi ze wszystkich zakątków kraju – oprócz zamieszkujących okoliczne tereny Arabów jest sporo ludzi z dalszych rejonów – część przygnały tu względy ekonomiczne, część wojna.

Atmosfera

Ale wszyscy bez wyjątku są bardzo przyjaźni. Co krok stykam się z przejawami sympatii – to ktoś zapłaci za mój bilet w autobusie, to wyskoczy na bosaka z chłodnego biura na rozgrzany bruk by pokazać mi właściwą drogę, to spóźni się na zajęcia by pomóc mi załatwić sprawę w urzędzie.

W ogóle atmosfera jest zrelaksowana. Nawet muzułmanki ubierają się bardzo kolorowo, praktycznie nie widuje się tak charakterystycznych w Egipcie „kobiet ninja”, odsłaniających tylko oczy. Nikt też nie widzi problemu, by kobieta przy przywitaniu z mężczyzną podała mu dłoń – rzecz niespotykana w wielu innych krajach muzułmańskich.

Podróżowanie

Nie podróżuje się tu tak łatwo jak chociażby w Egipcie. O transporcie i biurokracji już pisałem. Jest drogo jak na Afrykę, drożej nawet niż w Polsce, nie mówiąc już o krajach Azji. Hotele na które mnie stać – lub często jedyne dostępne – to ponure miejsca. Śpi się w wieloosobowych salach, co oznacza wczesną pobudkę – Sudańczycy mają w zwyczaju wstawać przed wschodem słońca w celu odprawienia modłów i wykazują mało zrozumienia dla tych, co takiego zwyczaju nie mają.

Łazienki to odrębny temat, niektóre zajęły wysokie pozycje na liście najgorszych z jakich musiałem korzystać – a wierzcie mi, widywałem już różne naprawdę okropne.

Dziś śpię w nieco bardziej luksusowych warunkach. Mam nawet teoretycznie jednoosobowy pokój, który jednak dzielę z małą myszką – właśnie zjadła orzechy, które jej wysypałem. W łazience jest nawet w miarę czysto, i jest bieżąca woda – choć ogólnie atmosferą przypomina mi film „Dreszcze”, to i tak stanowi to miłą odmianę. Łazienka składa się z kilku kabin toaletowo-prysznicowych – co polega na tym że w podłodze jest ustęp-dziura (tzw. „małysz”), a nad tym zamontowany jest prysznic. Miałem tu małą przygodę – jak kucałem w skupieniu nad ustępem nagle z jakiegoś powodu z prysznica zaczęła lać się woda – przemaczając mnie kompletnie.

Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. I do kąpania się wiaderkiem mętnej wody z Nilu, i do wszechobecnego pyłu, i do jedzenia rękoma, i do wszystkich innych trudności podróżowania.

Czasem tylko się zastanawiam, czy już za mocno nie wniknąłem w tę lokalną rzeczywistość. Np. gdy niesamowite wrażenie robi na mnie wizyta w sklepie samoobsługowym. Że tak tu czysto, że taki duży wybór, na towarach, równo ułożonych na półkach a nie ustawionych w przytłaczające swoją wielkością stosy, są naklejone ceny. Taki luksusowy, światowy mi się ten sklep wydaje. A potem sobie przypominam że w Poznaniu każda „Żabka” tak wygląda.

 

PARANOJE WE DWOJE

Władza demokratyczna boi się swoich wyborców. Musi więc dbać o dobre notowania poprzez dobre rządzenie, lub chociaż odwracać uwagę opinii publicznej pobocznymi tematami.

Władza dyktatorska boi się spisku.

Każdy jest podejrzany. Swój, że może chcieć przejąć władzę, że działa w nielegalnej opozycji.

Obcy, że szpieguje na zlecenie obcego mocarstwa. Lub jest dziennikarzem, i będzie psuł opinię, wywlekał na wierch różne niewygodne fakty, drobnostki, ludobójstewka, zamiast pisać dobrze a najlepiej wcale.

Władze w Sudanie nie ufają do końca pojęciu turystyki, stąd stała kontrola poczynań cudzoziemców.

W każdym mieście czeka obowiązkowa wycieczka na komisariat policji w celu rejestracji pobytu. To najbardziej widoczna, oprócz konieczności pozyskania oficjalnego pozwolenia na podróż w większości rejonów kraju, oznaka. Ale czasem widać ślady nieco dyskretniejszej „opieki”.

Mike, jeden z poznanych przeze mnie na promie do Wadi Halfy cudzoziemców, trafił na komisariat na czterogodzinną „spowiedź” za robienie zdjęć na bazarze w Chartum – musiał, po arabsku, wytłumaczyć z powodów wykonania każdego swojego zdjęcia.

Jeden z moich sudańskich współlokatorów z hotelu w Chartum zdradził mi, że często po wizycie cudzoziemca właściciel hotelu jest przepytywany przez policję – może udało mu się coś zaobserwować, i wie coś więcej kto to był i co chciał.

Ale gdy Junko, Japonkę, zaczęli w ambasadzie wypytywać czy pozostałe dwie osoby, z którymi podróżuje nie chcą też wyrobić wizy – a poszła tam sama – aż nas ciarki przeszły.

Ta paranoja powoli udziela się i mnie. Gdy w trakcie rejestracji na komisariacie w El Obeid policjant zaczął mnie wypytywać, w jakich językach programuję, i czy mam może przy sobie laptopa, prawie spanikowałem. A okazało się, że po prostu interesuje się informatyką.

 

Nowe zdjęcia z Nubii i z Chartum pod adresem:

http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=36

02
gru
06

Z życia wzięte

Dzisiaj dwie krótkie historyjki z życia w podróży, a w przygotowaniu nowe teksty i zdjęcia – trochę więcej o samym Sudanie i o Derwiszach.

 

Oszczędności

Czasem w podróży, gdy nie dysponuje się nieograniczonym budżetem, łatwo o zbyt daleko posunięte oszczędności. Toteż gdy dowiedziałem się, że musiałbym dopłacić 400 dinarów (2 dolary) za rikszę, która by mnie nazajutrz przywiozła na dworzec, stanowczo odmówiłem. Przecież mam nogi, poza tym normalnie za kurs płaci się nie więcej niż 200 dinarów.

Dopiero potem pomyślałem, że o trzeciej nad ranem może nie być tak łatwo o transport w konkurencyjnej cenie, a na piechotę to prawie pół godziny marszu.

A psy szczekały całą noc.

W krajach muzułmańskich psów nie są zbyt popularne – ludzie rzadko trzymają je w domach, jeśli już to czasem wykorzystuje się je do pilnowania podwórka. Jednak w każdym miasteczku zbierze się zawsze grupa bezpańskich burków. W dzień nie stanowią problemu, ale w nocy? Kto wie jak się zachowa sfora psów na widok samotnego przechodnia, w dodatku objuczonego ciężkim plecakiem? Czy nie zechcą odreagować stresów, których dostarczają im ludzie na co dzień, przeganiając je z miejsca na miejsce czy częstując bezinteresownym kopniakiem? W walce z psami pierwsze, nawet najmniejsze skaleczenie to już przegrana – trzeba brać zastrzyki na wściekliznę, nie można pić alkoholu przez pół roku, a sądząc po odgłosach dobiegających z zewnątrz przez całą noc, psów w Dongoli jest wyjątkowo dużo, i nie są zbyt przyjaźnie nastawione.

Oczywiście o trzeciej na ulicach nie było żadnych śladów życia, nie mówiąc już o kolejce riksz, których właściciele zaczęliby się prześcigać w obniżaniu ceny przejazdu dla obcokrajowca – nie miałem więc wyboru, musiałem iść na piechotę.

Na ulicach ciemno, tu nie istnieją światła uliczne, potrzebna była więc latarka. W najbliższej okolicy psów nie było widać ani słychać, ale kto wie co będzie za 500 metrów? Na wszelki wypadek więc zwędziłem z sąsiedniej budowy cegłę – lepsza taka broń niż żadna. I tak szedłem przez uśpione miasto, z cegłą w dłoni, duszą na ramieniu i plecakiem na drugim.

Nic się nie wydarzyło. Kilka razy były gdzieś blisko, zapewne za zakrętem, w bocznej uliczce. Jednego nawet widziałem – zaszczekał kilka razy, ale nie podszedł bliżej – zbyt leniwy lub wystraszony.

Szedłem i przeklinałem własną głupotę, przecież za te marne 400 dinarów ktoś mógł po mnie przyjechać, mógłbym spać chwilę dłużej, a przede wszystkim nie musiałbym teraz iść tędy.

A w końcu zobaczyłem autobus, i ludzi krzątających się w pobliżu, sposobiących go do odjazdu. Bardzo się ucieszyłem. I od razu mi się miło zrobiło, że te 400 dinarów zostało jednak w moim portfelu.

 

Obieg dokumentów

Zanim wyruszyłem w tę podróż, zajmowałem się – jako programista komputerowy – tworzeniem systemu obiegu dokumentów. Czasem pytali mnie ludzie, co to dokładnie znaczy, czym się ten system zajmuje. Nigdy nie potrafiłem przekonująco odpowiedzieć w sposób, który wyjaśni istotę problemu bez umniejszania jego wagi i rangi.

A tu niespodziewanie sudańskie ministerstwo ds. cudzoziemców dostarczyło mi znakomity przykład. Otóż każdy turysta po przybyciu na terytorium Sudanu musi się zarejestrować w stosownym urzędzie.

Procedurę tą rozpoczyna się od wypełnienia dwustronicowego formularza, który prócz danych osobowych zawiera też rozmaite inne pytania, np. o adres sponsora pobytu w tym kraju.

Następnie udajemy się do pokoju, gdzie pani przy biurku po lewej stronie sprawdza nasz formularz, i coś na nim dopisuje, i rejestruje nasze dane w wielkiej księdze. Teraz formularz zanosimy do pana przy biurku po prawej, by przyłożył nam pieczątkę.

Pieczątek i podpisów do zdobycia jest kilka, każde wydawane przez osobnego urzędnika, wg ściśle określonej procedury warunkującej kolejność wizyt. .

W kolejnym pokoju zakupujemy pewną liczbę znaczków skarbowych za kwotę 30$, z którymi udajemy się do sąsiedniego pokoju w celu sprawdzenia i przekreślenia. W tym pokoju dostajemy też pieczątkę w paszporcie.

Z tak spreparowanym formularzem wracamy do kapitana, który przegląda go, podpisuje decyzję i podpisuje pieczątkę w paszporcie – jesteśmy oficjalnie zarejestrowani. Wracamy teraz do pokoju, w którym zaczęliśmy naszą przygodę, by oddać pismo do archiwum i zakończyć sprawę.

To właśnie klasyczny przykład obiegu dokumentów – gdzie nośnikiem pisma jest biedny, pragnący załatwić swoją sprawę w urzędzie petent.

A w urzędzie stosującym system elektronicznego obiegu dokumentów – ciach prach, wszystko samo się zrobi (no prawie) – a przynajmniej nie będzie trzeba biegać z papierami od biurka do biurka.

Pewnie by urzędnicy w Sudanie w takie bujdy nie uwierzyli.