W trakcie podróżowania hotel to często nie tylko miejsce, gdzie się śpi, ale także miejsce, gdzie spotyka się innych turystów.
W Kairze mieszkałem w miłym, tanim hoteliku przy głównym placu, w sali wieloosobowej. Towarzystwo było dość interesujące – Japończyk Rui, który przyjechał do Kairu na pół roku uczyć się arabskiego – ma nadzieję zostać w przyszłości reporterem wojennym; trzech chłopaków z głębi Afryki, piłkarze, grają w lokalnych klubach kairskich i marzą o karierze w Europie; Mick, Duńczyk, który przez kilka miesięcy ścina choinki, a przez resztę roku zajmuje się fotografią otworkową – właśnie był pod koniec podróży przez Europę i Bliski Wschód, którą odbył z aparatem zrobionym z pudełka od butów; i Brian, Irlandczyk, z którym być może spotkam się za kilka tygodni by wspólnie „zaatakować” kolejny kraj na trasie.
Z nimi chadzałem na piwko czy na fajkę wodną.
W Siwie wśród backpackersów liczą się dwa hotele – Youseff Hotel przy głównym rynku, i odrobinę droższy (jednak wciąż śmiesznie tani – 2 € za pokój jednoosobowy z łazienką na korytarzu) ale sympatyczniejszy – hotel Palm Trees. Nazwa tego ostatniego pochodzi od ogródka znajdującego się za głównym budynkiem.
Tu spotkałem Tashę, Australijkę, w drodze od półtorej roku. Była nawet w Iraku (tam podróżowała wspólnie z dziewczyną ze Szkocji, normalnie podróżuje sama). W Australii jest przewodniczką wycieczek na pustynię. W naszej samorzutnie wytworzonej ekipie był też Hiszpan – żeglarz, Norweg – zawodowy żołnierz, i jeszcze jedna Australijka, która pracuje w Wielkiej Brytanii (można tam zarobić znacznie więcej niż na Antypodach). Wspólnie podróżowaliśmy przez pewien czas.
Także nie, jadąc na taką wyprawę nigdy nie jest się samemu.



0 Odpowiedzi do “Hotel”