Archiwum dla listopad, 2006

26
lis
06

Sudan – Nubia

W przeciętnym wyobrażeniu Sudan to jałowy kraj targany wojnami, głodem i ubóstwem. To największy, a zarazem jeden z najrzadziej odwiedzanych krajów Afryki.

Mimo to na przystani portu w Asuanie zebrała się całkiem spora grupka turystów żądnych mocniejszych wrażeń.

Całkiem sporo dostarcza ich już samo dostanie się na prom płynący przez jezioro Nassera do Wadi Halfy – od wielu lat to jedyna droga łącząca Egipt z Sudanem. Niczym w grze komputerowej, gdzie zalicza się kolejne etapy, jesteśmy kierowani od jednego punktu do drugiego – tu ktoś sprawdzi wizę, tu bilet, tu da nam jakąś białą karteczkę, tu ją zabierze itd.

Później pora na zajęcie dobrej pozycji na pokładzie – przedsiębiorcze kobiety (jak dobrze, że są takie co podróżują) ogradzają przestrzeń bagażami. Teraz już można spokojnie czekać i obserwować jak statek zapełnia się ludźmi i przewożonymi przez nich dobrami.

W końcu, w chwilę po zachodzie słońca (w biurze biletowym nakazali się stawić nie później niż o jedenastej rano) prom rusza. I płynie tak, majestatycznie, w ciszy, wzdłuż kilkuset kilometrów niezamieszkałych wybrzeży, przez kilkanaście godzin.

 

Nubijka

Abri

Abri to mała mieścinka na północy Sudanu, zamieszkała przez Nubijczyków. Historia tego ciemnoskórego ludu sięga czasów starożytnych, byli sąsiadami o wiele lepiej znanego państwa faraonów.

Północny Sudan to całkowicie martwa kamienista pustynia, przecięta wąską nitką Nilu. Wzdłuż rzeki rozciąga się kilkuset metrowy pas zieleni – tu też koncentruje się całe życie.

Wioski nubijskie zaskakują czystością i zadbaniem, ale i architekturą. Proste, niemalże ascetyczne kształty i zdobienia, ogromne podwórka otoczone murem i małymi pokoikami – spokojnie można by sobie wyobrazić takie domy gdzieś na południu Europy. I kosztowałyby sporo.

A tu produkuje się je taniutko z lokalnych materiałów. Cegły wyrabia się z gliny i suszy na słońcu, zaprawa powstaje podobnie. Konstrukcję nośną stanowią pnie palm, których jest tu pod dostatkiem, a pokrycie dachów stanowią równiutko ułożone liście. To nic że zostały jakieś prześwity, i tak tu pada może raz na trzy lata.

Codzienne życie toczy się tu powoli, leniwie, według ustalone rytmu. Trochę pracy na polu, trochę odpoczynku w cieniu. Wieczorem może wypad do hotelu na telewizję i pogaduchy – o osiemnastej na kilka godzin włączany jest generator prądu.

Dlatego pojawienie się „khawarjy” – cudzoziemca – stanowi świetne oderwanie się od tej rutyny. Można pogadać o dalekich krajach i opowiedzieć o sytuacji tutaj. Można obejrzeć zdjęcia, które jeden z nich przywiózł – z Polski. Można dobrodusznie uśmiechnąć się słysząc niektóre potknięcia językowe. A przede wszystkim należy, zgodnie z nakazami Koranu i tradycją ludów pustyni – ugościć go jak najlepiej się da.

 

Podróż

Podróżowanie po Europie dawno zatraciło swój pierwotny charakter – wyprawy, niewiadomej, wyzwania. Dziś wsiada się w punkcie A do wybranego środka lokomocji i wysiada z niego w punkcie B. Wszystko prosto, łatwo i przyjemnie.

Na szczęście są jeszcze miejsca takie jak Sudan, gdzie wciąż można poczuć ten dreszczyk emocji. Jak to tym razem będzie?

W północnym Sudanie nie ma dróg. A przynajmniej takich w europejskim słowa tego znaczeniu – z asfaltem, stacjami benzynowymi itd. Są trakty – poprowadzone, a raczej wyjeżdżone przez dziesiątki jadących tędy wcześniej pojazdów, prosto przez pustynię.

Po tych traktach jeżdżą autobusy na podwoziach ciężarówek, z wielkimi kołami. I możecie mi wierzyć, z pewnością wygoda pasażerów nie miała większego znaczenia dla ludzi je projektujących.

Po zajęciu miejsca, oczywiście tak wyliczonego, żeby zmieścić jak najwięcej narodu w jednym pojeździe, ruszamy.

Na początku nieźle trzęsie, a potem jest już tylko gorzej. Co rusz wszyscy pasażerowie podskakują na wyboju na wysokość kilkudziesięciu centymetrów, ci najwyżsi przy okazji uderzając głową w sufit, by po chwili opaść z impetem na siedzenie. Za moment autobus przechyla się w lewo – okazja do zaliczenia uderzenia kolanem w oparcie fotela z przodu. Potem w prawo – wbija mi się poręcz w bok.

I tak jedziemy kilka godzin. Momentami moje ciało wykonuje wygibasy jak na dyskotece – bez mojego udziału, ja się tylko trzymam kurczowo uchwytu. A momentami czuję się jak po dobrej imprezie – żołądek daje się we znaki.

Kiedy po trzech godzinach takiej jazdy wydawało mi się, że mniej więcej już się dostosowałem, i że pozostaje mi tylko doczekać jakoś końca, do autobusu weszło może z dziesięć niewiast z rozmaitymi pakunkami, robiąc przy tym sporo rumoru. Po chwili zamieszanie zrobiło się jeszcze większe – pękł worek z miodem trzymany przez jedną z nich, i cały tył autobusu pokryła ogromna, ciemna, lepka i śliska plama.

Po kilkuset metrach kobiety wysiadły – one tylko odprowadzały swoją krewną, która wraca do Chartum – zostawiając nas z całym tym bałaganem.

Jako, że koło mnie było jedyne wolne miejsce, tam została posadzona owa dama wracająca do stolicy. Jednak szybko znalazł się ktoś, kto uznał, że nie przystoi by kobieta siedziała koło obcokrajowca, i zaczęło się wielkie przemeblowanie. Miejsca zmieniło może z sześć osób, wypróbowanych zostało kilka kombinacji. W wyniku tego udało się, prócz uzyskania bardziej zadowalającego moralnie układu, roznieść miód po wszystkich miejscach w których go dotąd nie było – sporo znalazło się też na mojej koszuli, plecaku i siedzeniu.

Faktu, że po drodze autobus się zepsuł i trzeba było czekać z godzinę, nawet nie odnotowałem zbytnio.

Pierwsza porcja zdjęć do obejrzenia na stronie:

http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=36

14
lis
06

Wciąż Egipt

Popołudnie w Kairze

W opowieściach z podróży chronologia nie ma żadnego znaczenia. Podróż nie ma fabuły, nie ma zawiązania akcji, różnych splatających się wątków, rozwiązania. Podróż to zbiór zdarzeń, niezależnych historii i sytuacji, które dzieją się w określonej kolejności tylko z konieczności, a jedynym spoiwem jest osoba podróżnika.

Dlatego też postanowiłem nie trzymać się chronologii na moim blogu. Nie będę też opisywał szczegółowo wszystkiego co się dzieje, bo kogóż tak naprawdę obchodzi czy pociągiem z Kairu do Asuanu jechałem w poniedziałek czy w piątek?

Chcę też uniknąć generalizowania. Zbyt łatwo jest, zwłaszcza po krótkim pobycie w danym kraju, wydawać podsumowujące kraj czy jego mieszkańców, często bardzo negatywnie, opinie. Niektórym może podobać się takie „pisanie co się myśli”, jednak mi się wydaje to zbyt krzywdzące, zbyt powierzchowne – zwłaszcza ze strony osób, które stykały się głównie z tubylcami zaangażowanymi w taki czy owali sposób w biznes jakim jest turystyka.

Dlatego nie napiszę jaki jest Egipt czy Egipcjanie. Bo byłem tu zbyt krótko, zetknąłem się nawet nie z procentem wszystkich Egipcjan. Skupię się raczej na jednostkowych historiach, subiektywnie dobranych i bez pretensji do stworzenia obrazu kraju jako takiego.

 

 

Pięć minut

W moim pokoju nie było światła. Kiedy go brałem za dnia, nie rzuciło mi się to w oczy, ale wieczorem stanowiło pewien problem. Z sufitu zwisał smętnie kabel, na którym zapewne ktoś kiedyś miał w planach powiesić lampę, lub przynajmniej żarówkę, ale zaniechał tej czynności. Nad łóżkiem zaś ulokowana była rokująca pewne nadzieje mała lampka w czarnej osłonce – bez żarówki.

Póki co jedyne światło dostępne dochodziło z małego przedpokoju – coś się dało widzieć, ale nie zapewniało komfortu świetlnego.

Poszedłem na dół do recepcji poprosić o żarówkę.

„Pięć minut” – usłyszałem w odpowiedzi.

Gdy pół godziny później wychodziłem do miasta po coś do jedzenia, i ponowiłem prośbę, usłyszałem znów „Pięć minut”.

Gdy przypomniałem się jakieś pół godziny później, i usłyszałem znów „Pięć minut”, zaproponowałem chłopakowi z recepcji, żeby od razu powiedział mi że za godzinę ktoś się mną zajmie, będzie mi tak wygodniej.

„Ależ nie ma potrzeby, na serio za pięć minut ktoś przyjdzie”

Faktycznie po kilkunastu minutach się zjawił. Ten sam z którym rozmawiałem na dole. Bez żarówki, ale przynajmniej obejrzał sytuację na placu boju.

„Pięć minut” rzucił na odchodnym.

Ku mojemu zdziwieniu faktycznie wkrótce się pojawił, niosąc żarówkę. Niestety okazało się, że nie da się jej wkręcić – lampka miała wyrobiony gwint.

„Pięć minut i przyjdzie ktoś to naprawić”.

Czekałem, czekałem, a w końcu poszedłem spać.

 

 

Bazar w Asuanie

Chodzenie po bazarze w Asuanie przypomina nieco grę komputerową. Idzie się przeciskając przez tłum ludzi, a mijane kolejno postaci niczym automaty wypowiadają swoją kwestię:

„Cheap price”

„No hassle here”

„Only one bound, why don’t you want to buy”

„Hello, how are you, come ask for price”

„Spices, very good spices”

Zaskakująco często jednak byłem witany słowami:

„Dzień dobry”

„Dobra cena”

„Hej Bolanda!”

Aż po powrocie do hotelu przejrzałem się w lustrze, by sprawdzić czy mi ktoś nie przykleił polskiej flagi na czoło. Skąd oni to wiedzą? Przecież szedłem sam, z nikim nie rozmawiałem, nie miałem na sobie nic, co by mogło zdradzać moje pochodzenie.

Wreszcie któregoś razu nie wytrzymałem, i spytałem:

„Skąd wiesz że jestem z Polski?”

Sprzedawca roześmiał się:

„Wiesz, pracuję w tym biznesie już pięć lat, takie rzeczy się wyczuwa. Patrzę na ciebie jak idziesz i mówię sobie: on jest z Polski. Ale usiądź, pogadajmy”.

Ucięliśmy sobie pogawędkę. Ucieszył się że jestem programistą, bo on też studiuje „systemy komputerowe” (choć jak się później dowiedziałem raczej miał na myśli podstawową obsługę komputera). Jego mama jest Kanadyjką, jego ojciec Egipcjaninem, ma żonę Egipcjankę. Czyli dziecko wakacyjnej miłości.

Jako że było już późno, Ahmed zamknął stragan, i poszliśmy na sziszę i herbatę.

„Byłem kilka razy w Kanadzie, ale wolę mieszkać tutaj. Ludzie są bardziej otwarci, i jest ciepło. No i studiowanie tu jest łatwiejsze”.

Nie mógł się nadziwić, że chcę z własnej woli jechać do Sudanu, ale chyba zaakceptował moje tłumaczenie. Potrafił zrozumieć, że dla mnie wakacje w Stanach czy Kanadzie, z ich swobodą, nocnymi klubami nie są aż tak atrakcyjne jak dla niego.

Dobrze nam się rozmawiało. Okazuje się, że nawet ci natrętni sprzedawcy bazarowi potrafią być prywatnie bardzo sympatycznymi ludźmi.

 

Dodałem kilka nowych zdjęć z Kairu:

http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=34

i z Białej i Czarnej Pustyni:

http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=35

08
lis
06

Pustynia

No i po wycieczce na pustynię. Było świetnie – nie spodziewałem się, że pustynia jest taka piękna. Jeździliśmy jeepami po wydmach – niesamowite wrażenie, gdy nagle zjeżdża się ze 100-metrowej skarpy piachu o nachyleniu ponad 45 stopni – zwłaszcza jak się siedzi na dachu samochodu.

Jeździliśmy po wydmach na deskach snowboardowych – czy też raczej sandboardowych. Zeskakiwaliśmy z rozpędu z brzegu wydmy kilka metrów w dół. Siedzieliśmy na piasku podziwiając zachód słońca. Chodziliśmy w nocy pomiędzy niesamowitymi formami skalnymi Białej Pustyni, rozświetlonymi światłem księżyca. I siedzieliśmy do późna w nocy, rozmawiając ze sobą i z towarzyszącymi nam Beduinami, o bardzo różnych sprawach.

 

Zdjęcia:

http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=35 (na razie tylko Oaza Siwa, w drodze zdjęcia z Białej i Czarnej Pustyni)

 

08
lis
06

Hotel

W trakcie podróżowania hotel to często nie tylko miejsce, gdzie się śpi, ale także miejsce, gdzie spotyka się innych turystów.

W Kairze mieszkałem w miłym, tanim hoteliku przy głównym placu, w sali wieloosobowej. Towarzystwo było dość interesujące – Japończyk Rui, który przyjechał do Kairu na pół roku uczyć się arabskiego – ma nadzieję zostać w przyszłości reporterem wojennym; trzech chłopaków z głębi Afryki, piłkarze, grają w lokalnych klubach kairskich i marzą o karierze w Europie; Mick, Duńczyk, który przez kilka miesięcy ścina choinki, a przez resztę roku zajmuje się fotografią otworkową – właśnie był pod koniec podróży przez Europę i Bliski Wschód, którą odbył z aparatem zrobionym z pudełka od butów; i Brian, Irlandczyk, z którym być może spotkam się za kilka tygodni by wspólnie „zaatakować” kolejny kraj na trasie.

Z nimi chadzałem na piwko czy na fajkę wodną.

 

W Siwie wśród backpackersów liczą się dwa hotele – Youseff Hotel przy głównym rynku, i odrobinę droższy (jednak wciąż śmiesznie tani – 2 € za pokój jednoosobowy z łazienką na korytarzu) ale sympatyczniejszy – hotel Palm Trees. Nazwa tego ostatniego pochodzi od ogródka znajdującego się za głównym budynkiem.

Tu spotkałem Tashę, Australijkę, w drodze od półtorej roku. Była nawet w Iraku (tam podróżowała wspólnie z dziewczyną ze Szkocji, normalnie podróżuje sama). W Australii jest przewodniczką wycieczek na pustynię. W naszej samorzutnie wytworzonej ekipie był też Hiszpan – żeglarz, Norweg – zawodowy żołnierz, i jeszcze jedna Australijka, która pracuje w Wielkiej Brytanii (można tam zarobić znacznie więcej niż na Antypodach). Wspólnie podróżowaliśmy przez pewien czas.

 

Także nie, jadąc na taką wyprawę nigdy nie jest się samemu.

08
lis
06

Wiza

Zamalik to jedna z bogatszych dzielnic Kairu. Odbija się to na cenach – piwo w lokalu, który równie dobrze mógłby znajdować się gdzieś w Europie, kosztuje 10-12 zł, spora różnica w porównaniu z śmiesznie niskimi cenami gdzie indziej (choć prawda że piwo w najtańszych lokalach nie jest dostępne, można za to zapalić sziszę).

Zamalik to też dzielnica ambasad, m.in. polskiej. Nie wiem czy w skutek odzyskania MSZ przez

PIS, czy zawsze tak było, ale panowie z ambasady się nie przemęczają – placówka otwarta jest trzy razy w tygodniu po trzy godziny. W dodatku kiedy tam przyszedłem, w nadziei na uzyskanie listu rekomendującego mnie ambasadzie Sudanu, trwała właśnie odprawa konsula przed ambasadorem, więc musiałem czekać dwie godziny.

Udałem się więc do pobliskiego parku, zawierającego dość osobliwe akwarium. Sam budynek był bardzo ciekawy, labiryntowa konstrukcja z gliny, natomiast ryby były w dość opłakanym stanie – większość pływała pionowo w słoikach z formaliną, kilka było wypchanych. Były też krokodyle i foki z drewna. Za to nietoperze były prawdziwe.

Park stanowi chyba ulubione miejsce spotkań miejscowej młodzieży, prócz band licealistów ubranych mniej czy bardziej po europejsku można spotkać też liczne parki – zapewne spotykające się tu w tajemnicy przed rodzinami. Jak na Egipt to pełna rozpusta, często nawet za ręce się trzymają, choć większość dziewczyn grzecznie w chustkach na głowie chodzi na te schadzki.

 

W ambasadzie Sudanu wypełniłem najbardziej skomplikowany formularz, jaki w życiu wypełniałem – nie dość że zawierał np. pytanie o grupę krwi czy wyznanie, ale niektóre pola były powtórzone dla wersji arabskiej – w dodatku uporządkowane od prawej do lewej, a niektóre nie. Można się było łatwo w tym wszystkim pogubić.

Jak już wszystko wypełniłem, skserowałem, przykleiłem zdjęcia, okazało się, że nie mogę oddać wniosku tego dnia, bo urzędnicy nie zdążą go rozpatrzyć, a ambasada wydaje wizy w jeden dzień (gdybym przyszedł następnego dnia odebrać to byłyby dwa, co zapewne postawiłoby ambasadę w złym świetle).

Na stronie http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=34 dodałem zdjęcia z targu wielbłądów koło Kairu. Wkrótce pojawi się jeszcze kilka zdjęć z Kairu, więc zapraszam na dniach.