W przeciętnym wyobrażeniu Sudan to jałowy kraj targany wojnami, głodem i ubóstwem. To największy, a zarazem jeden z najrzadziej odwiedzanych krajów Afryki.
Mimo to na przystani portu w Asuanie zebrała się całkiem spora grupka turystów żądnych mocniejszych wrażeń.
Całkiem sporo dostarcza ich już samo dostanie się na prom płynący przez jezioro Nassera do Wadi Halfy – od wielu lat to jedyna droga łącząca Egipt z Sudanem. Niczym w grze komputerowej, gdzie zalicza się kolejne etapy, jesteśmy kierowani od jednego punktu do drugiego – tu ktoś sprawdzi wizę, tu bilet, tu da nam jakąś białą karteczkę, tu ją zabierze itd.
Później pora na zajęcie dobrej pozycji na pokładzie – przedsiębiorcze kobiety (jak dobrze, że są takie co podróżują) ogradzają przestrzeń bagażami. Teraz już można spokojnie czekać i obserwować jak statek zapełnia się ludźmi i przewożonymi przez nich dobrami.
W końcu, w chwilę po zachodzie słońca (w biurze biletowym nakazali się stawić nie później niż o jedenastej rano) prom rusza. I płynie tak, majestatycznie, w ciszy, wzdłuż kilkuset kilometrów niezamieszkałych wybrzeży, przez kilkanaście godzin.
Abri
Abri to mała mieścinka na północy Sudanu, zamieszkała przez Nubijczyków. Historia tego ciemnoskórego ludu sięga czasów starożytnych, byli sąsiadami o wiele lepiej znanego państwa faraonów.
Północny Sudan to całkowicie martwa kamienista pustynia, przecięta wąską nitką Nilu. Wzdłuż rzeki rozciąga się kilkuset metrowy pas zieleni – tu też koncentruje się całe życie.
Wioski nubijskie zaskakują czystością i zadbaniem, ale i architekturą. Proste, niemalże ascetyczne kształty i zdobienia, ogromne podwórka otoczone murem i małymi pokoikami – spokojnie można by sobie wyobrazić takie domy gdzieś na południu Europy. I kosztowałyby sporo.
A tu produkuje się je taniutko z lokalnych materiałów. Cegły wyrabia się z gliny i suszy na słońcu, zaprawa powstaje podobnie. Konstrukcję nośną stanowią pnie palm, których jest tu pod dostatkiem, a pokrycie dachów stanowią równiutko ułożone liście. To nic że zostały jakieś prześwity, i tak tu pada może raz na trzy lata.
Codzienne życie toczy się tu powoli, leniwie, według ustalone rytmu. Trochę pracy na polu, trochę odpoczynku w cieniu. Wieczorem może wypad do hotelu na telewizję i pogaduchy – o osiemnastej na kilka godzin włączany jest generator prądu.
Dlatego pojawienie się „khawarjy” – cudzoziemca – stanowi świetne oderwanie się od tej rutyny. Można pogadać o dalekich krajach i opowiedzieć o sytuacji tutaj. Można obejrzeć zdjęcia, które jeden z nich przywiózł – z Polski. Można dobrodusznie uśmiechnąć się słysząc niektóre potknięcia językowe. A przede wszystkim należy, zgodnie z nakazami Koranu i tradycją ludów pustyni – ugościć go jak najlepiej się da.
Podróż
Podróżowanie po Europie dawno zatraciło swój pierwotny charakter – wyprawy, niewiadomej, wyzwania. Dziś wsiada się w punkcie A do wybranego środka lokomocji i wysiada z niego w punkcie B. Wszystko prosto, łatwo i przyjemnie.
Na szczęście są jeszcze miejsca takie jak Sudan, gdzie wciąż można poczuć ten dreszczyk emocji. Jak to tym razem będzie?
W północnym Sudanie nie ma dróg. A przynajmniej takich w europejskim słowa tego znaczeniu – z asfaltem, stacjami benzynowymi itd. Są trakty – poprowadzone, a raczej wyjeżdżone przez dziesiątki jadących tędy wcześniej pojazdów, prosto przez pustynię.
Po tych traktach jeżdżą autobusy na podwoziach ciężarówek, z wielkimi kołami. I możecie mi wierzyć, z pewnością wygoda pasażerów nie miała większego znaczenia dla ludzi je projektujących.
Po zajęciu miejsca, oczywiście tak wyliczonego, żeby zmieścić jak najwięcej narodu w jednym pojeździe, ruszamy.
Na początku nieźle trzęsie, a potem jest już tylko gorzej. Co rusz wszyscy pasażerowie podskakują na wyboju na wysokość kilkudziesięciu centymetrów, ci najwyżsi przy okazji uderzając głową w sufit, by po chwili opaść z impetem na siedzenie. Za moment autobus przechyla się w lewo – okazja do zaliczenia uderzenia kolanem w oparcie fotela z przodu. Potem w prawo – wbija mi się poręcz w bok.
I tak jedziemy kilka godzin. Momentami moje ciało wykonuje wygibasy jak na dyskotece – bez mojego udziału, ja się tylko trzymam kurczowo uchwytu. A momentami czuję się jak po dobrej imprezie – żołądek daje się we znaki.
Kiedy po trzech godzinach takiej jazdy wydawało mi się, że mniej więcej już się dostosowałem, i że pozostaje mi tylko doczekać jakoś końca, do autobusu weszło może z dziesięć niewiast z rozmaitymi pakunkami, robiąc przy tym sporo rumoru. Po chwili zamieszanie zrobiło się jeszcze większe – pękł worek z miodem trzymany przez jedną z nich, i cały tył autobusu pokryła ogromna, ciemna, lepka i śliska plama.
Po kilkuset metrach kobiety wysiadły – one tylko odprowadzały swoją krewną, która wraca do Chartum – zostawiając nas z całym tym bałaganem.
Jako, że koło mnie było jedyne wolne miejsce, tam została posadzona owa dama wracająca do stolicy. Jednak szybko znalazł się ktoś, kto uznał, że nie przystoi by kobieta siedziała koło obcokrajowca, i zaczęło się wielkie przemeblowanie. Miejsca zmieniło może z sześć osób, wypróbowanych zostało kilka kombinacji. W wyniku tego udało się, prócz uzyskania bardziej zadowalającego moralnie układu, roznieść miód po wszystkich miejscach w których go dotąd nie było – sporo znalazło się też na mojej koszuli, plecaku i siedzeniu.
Faktu, że po drodze autobus się zepsuł i trzeba było czekać z godzinę, nawet nie odnotowałem zbytnio.
Pierwsza porcja zdjęć do obejrzenia na stronie:




