Miało się zacząć jak w dobrym filmie Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. Specjalnie przyjechałem tu tak, by być w Egipcie w ostatnich dniach ramadanu, spodziewając się może nie tyle duchowych przeżyć, co przynajmniej estetycznych. A zastałem festiwal zakupów.
Jednak już sam Kair potrafi przyprawić o zawrót głowy. To ogromne, tętniące życiem miasto. Spodziewałem się, prawdę mówiąc, mało ciekawego, mocno turystycznego ośrodka, tymczasem prawie nie czuje się tu wpływu turystów – owszem, w okolicy Muzeum Egipskiego kręcą się sprzedawcy papirusów, na bazarze zagabują kupcy (ale zagabują także miejscowych) i czasem jakiś dzieciak wyskoczy z niczym nie umotywowaną prośbą o „jednego funta”, jednak w ogólności miasto jest bardzo autentyczne.
Być może z powodu zakończenia ramadanu (przekonam się o tym za kilka dni) panuje tu niesamowity chaos.
Rano ulice są stosunkowo puste, natężenie ruchu zwiększa się w ciągu dnia, by osiągnąć apogeum około północy. Wtedy to co dzieje się można określić mianem istnego szaleństwa. Ulicami przewalają się ogromne ilości samochodów (tak, tutaj jest to z pewnością rzeczownik niepoliczalny), pomiędzy którymi lawirują tłumy pieszych, za nic mający sobie próbujących kierować całym tym bałaganem policjantów. Dla zmylenia świeżo przybyłych turystów ktoś zamontował światła uliczne, na które wkrótce i ja przestałem patrzeć, jako że nie da się dostrzec żadnego związku między kolorem światła dla pieszych a liczbą samochodów przejeżdżających w danej chwili przez przejście.
Zapuszczając się w boczne uliczki w okolicach cytadeli natrafiłem na małą imprezkę uliczną. Grała muzyka z magnetofonu, zostałem wciągnięty do uczestnictwa w tańcach. Tańczyła cała ulica, w środku kręgu mężczyźni, z brzegu kobiety i dzieci.
W ostatni dzień ramadanu zostałem zaproszony do wspólnej biesiady przez ludzi na ulicy.
Jest dobrze.
Na stronie: http://mysliborski.art.pl/minis.php?katId=34 kolejna porcja zdjęć.






